Siedziałam wczoraj na ławce, na osiedlowym skwerku. W promieniach słońca. Grzejąc swoje dojrzałe (Mąż zawsze protestuje jak mówię o nich "stare") kości. Wdech, wydech, wdech, wydech. Wkurzenie (żeby nie powiedzieć dosadniej) sięgało zenitu, ale powoli zaczynałam nad nim panować. Do radości i delektowania się piękną przyrodą było mi jednak daleko. Było, minęło.
Miałam iść dokładnie za tydzień do mojej pulmonolog na kontrolną wizytę, ale matka i Dyrektor Wykonawczy tak panikowali, że w końcu przełożyłam tę "przyjemność" na dzisiaj. "A może ty miałaś wtedy zawał?" - oboje się nakręcali, opieprzając mnie jednocześnie, że słowem się nie zdradziłam starszej pani w lumpeksie, bo właśnie tam się to stało. Jeszcze by tego brakowało, żebym kogoś wystraszyła - wystarczyło, że sama miałam pietra jak nigdy w życiu.
Nie lubię pisać o takich rzeczach na poważnie. Wolę je obrócić w żart albo przemilczeć. Dla świętego spokoju niech mnie zbada lekarka, zrobi EKG i spirometrię. W końcu i tak płacę za tę wizytę, więc dam jej szansę, żeby się wykazała.
Swoje podejrzenia kieruję i tak w stronę psychiki, czyli życie w permanentnym stresie, a ciało jak to ciało, będzie się buntować - klik.
