Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

poniedziałek, 20 października 2014

1.886. Mały i mniejszy

Jest w pobliżu taki dom, obok którego czasem przechodzę. Zapamiętałam go, gdyż zawsze na murku ogrodzenia stoi pojemnik z wodą i suchą karmą. Jeśli mam szczęście, spotykam tam sierściucha. Kiedyś nawet wygrzewał się w trawie i dał się pogłaskać, mrucząc przy tym słodko i mrużąc oczy z lubością.

Dzisiaj, na terenie tamtej posesji zobaczyłam malutkiego kociaka - przestraszonego i miauczącego. Przed ogrodzeniem stał chłopiec, na oko ośmioletni. Swoją chudziutką rączkę powoli i mozolnie przekładał przez oczka siatki. Trzymał w niej pojemnik z wodą, który chciał przełożyć, by kotek mógł się napić.

Zatrzymałam się i obserwowałam poświęcenie dzieciaka i ogromną radość z niesienia pomocy zwierzakowi. Zaczęliśmy rozmawiać, a w pewnym momencie młody człowiek spytał czy mogę wziąć od niego pojemnik i podać mu go górą, gdyż on sam był zbyt niski, by zrobić to samodzielnie.

Podziękował mi ucieszony, a potem znowu powoli i mozolnie swoją chudziutką rączkę przekładał przez oczka siatki w odwrotnym kierunku. Trzeba było widzieć jego minę, gdy po postawieniu pojemnika na murku, kociak od razu podbiegł do wody i zaczął ją pić.

Dla mnie tamte chwile były magiczne - wspomnienie małego chłopca pomagającego jeszcze mniejszemu kociakowi do tej pory wywołuje uśmiech na mojej twarzy. 


1.885. Brakujące ogniwo

"Postanowiłam zrobić to, co rozumiem, że mam do zrobienia, by wspierać swoje zdrowie" - tak brzmi moja dzisiejsza deklaracja. Choć oczywiście nie byłabym sobą, gdybym jej nie przekształciła w coś prostszego.

Utrwalam to, co już wiem, lecz jednocześnie odkrywam coś, o czym do tej pory jeszcze nie miałam pojęcia. I po raz kolejny uświadamiam sobie jaką potęgą jest świadomość i wiedza; jaką dają siłę, motywację i chęć do pracy nad sobą.

Szkoda, że ludzie tak często mylą pojęcia. Wszędzie słyszane zalecenie i rada "myśl pozytywnie" jest tak naprawdę nacechowane lękiem i na nim oparte. Natomiast tak bardzo potrzebne zdrowe myślenie, oparte na zdrowych przekonaniach, jest dla wielu nieznane.

Najważniejszym narządem w ludzkim ciele jest mózg. To on aż w 80-90 % ma wpływ na proces zdrowienia. Ta statystyka powala na kolana.

Medycyna to jedno, wiara to drugie, psychologia to trzecie. Teraz już wiem, że jest jeszcze coś pomiędzy nimi - ostatnie, najpotężniejsze, najważniejsze i najbardziej niedocenione brakujące ogniwo.


Źródło - klik

niedziela, 19 października 2014

1.884. Odmóżdżacz

Zwariowaliśmy z Mężem. No bo jak inaczej nazwać fakt, iż zaczęliśmy oglądać coś takiego? I to w dwóch seriach - wczoraj trzy i dzisiaj trzy odcinki. Jak szaleć, to szaleć - czasem dobrze jest obejrzeć jakiś odmóżdżacz.

Dyrektor Wykonawczy, jak już wspominałam, pochodzi ze wsi i to naprawdę małej. Może nie z tej przysłowiowej "zabitej dechami", ale jednak. Doświadczenie w pracach typowo polowych (jego rodzice mają kawałki ziemi, lecz poniżej jednego hektara, więc nie kwalifikują się jako typowi rolnicy) oraz hodowli zwierząt (kilka kóz, kilkanaście królików, kilkadziesiąt kur) ma niewielkie.

Z kolei jeśli o mnie chodzi, na wsi byłam jedynie "w gościach" - najczęściej jeszcze jak żyła moja babcia, której rodzeństwo nie mieszkało w mieście, więc jeździłyśmy do nich w odwiedziny, lecz dość rzadko, sporadycznie i wtedy kiedy byłam małą dziewczynką. Z tamtego okresu nie pamiętam zbyt wiele - jakaś krowa i mleko prosto od niej, jakieś kury oraz ich kupy, w które weszłam.

Podczas jednej z zaledwie kilku wizyt w domu rodzinnym Głosu Rozsądku udało mi się zrobić coś, o czym zawsze marzyłam, czyli wydoić kozę. Na punkcie tych zwierząt mam bzika i jestem pewna, że gdybym miała dom na wsi, chciałabym je hodować - przynajmniej ze dwie. I na tym kończą się moje umiejętności i doświadczenia.

Obejrzeliśmy sześć odcinków podlinkowanego powyżej programu z ciekawości, gdyż oboje liczyliśmy na zobaczenie tego, co (między innymi) nas łączy, czyli umiłowanie natury w czystej postaci. Ujrzeliśmy zaś jakiś momentami dość żenujący i sztucznie nagrany telewizyjny spektakl o rolnikach, którzy w obecności kamer poszukują żon.

Popatrzyłam na kandydatki. Gdybym sama miała znaleźć się na miejscu którejś z nich, jako klasyczna "miastowa" zapewne nie dałabym rady wypatroszyć kurę, ostrzyc owcę, nakarmić świnie, kopać ziemniaki, czy wykonywać jakiekolwiek inne prace w polu, o których nie mam bladego pojęcia.

Coś, co jest czymś naturalnym, zwyczajnym i normalnym dla rolnika jest czymś obcym, dziwnym i nieznanym dla kobiety z miasta. Zderzenie tych dwóch światów jest bolesną konfrontacją wyobrażeń z rzeczywistością, a ośmieszanie samotnych ludzi z każdego z tych środowisk jest po prostu niesmaczne. Przynajmniej dla mnie i dla Męża.

Dyrektor Wykonawczy poszedł jeszcze o krok dalej i podsumował nasze weekendowe wrażenia filmowe jednym zdaniem - "jak nisko upadli ludzie, żeby oglądać takie wypociny i jak nisko upadli uczestnicy programu, by sprzedając swoją prywatność szukać w ten sposób drugiej połówki."


1.883. Mięta i peniski

Mięta otrzymana w formie zaszczepek od właścicielki mieszkania poczuła się u nas na tyle dobrze, że wyrosła niczym olbrzymi krzak. Sięga do połowy uda Męża. 

Zrobiłam co prawda zdjęcie na dowód, ale po jego obejrzeniu oboje stwierdziliśmy, że znacznie lepiej wstawić samą roślinę bez męskiej (więc owłosionej) nogi w zbliżeniu.

Jedną z trzech zasuszyliśmy, a dwie kolejne rozsadziliśmy do oddzielnych doniczek, bo w tej naprawdę miały już strasznie ciasno.




Eschynantus kwitnie w najlepsze. Wypuścił kolejne pręciki (?), które Dyrektor Wykonawczy pieszczotliwie nazywa "peniskami".


17 października

19 października