Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

piątek, 19 września 2014

1.835. Smok

Non stop chce mi się pić. Rano, w południe, wieczorem, nawet w nocy. W upały nie wypijałam tyle płynów (w większości wody mineralnej) co obecnie. Nie mogę usnąć, a potem budzę się, bo zasycha mi w ustach i sięgam po szklankę stojącą przy sofie.

Ostatnio (znaczy dość dawno) podczas wizyty doktor Tomasz spytał mnie czy nie zauważam u siebie wzmożonego pragnienia. Wtedy było gorąco, więc uznałam, że ilość jaką wypijam jest normalna i zapomniałam o sprawie. Ale teraz temperatura jest niższa, a moje potrzeby nawodnienia się coraz większe.

Na nieszczęście mój ulubiony lekarz jest obecnie na urlopie i pewnie wygrzewa się gdzieś na jakiejś egzotycznej plaży. Tak więc na spotkanie z nim przyjdzie mi poczekać jeszcze dwa tygodnie i choć nie bardzo mi się chce, pójdę do niego po powrocie, bo zaczynam się już o siebie niepokoić.

Nie dosalam jedzenia, unikam słodyczy, nie lubię pikantnie przyprawionych potraw, nie jestem w ciąży, nie przechodzę też menopauzy. A piję jak smok. Do tego mam problemy ze wzrokiem - czasem nawet przez okulary nie łapię ostrości. Jestem słaba i senna, łatwo się męczę i pocę.

Poszłam dziś na spacer. Ledwo dotarłam w jedną i drugą stronę. A usiąść i odsapnąć nie było gdzie - wszystkie ławki pozajmowane. Moje kości w średnim wieku odmawiają posłuszeństwa. Dusza wciąż młoda i wyrywna, a ciało się starzeje i potrzebuje odpoczynku.


1.834. Iluminacja

Stanęłam sobie na balkonie z kubkiem świeżo zaparzonej kawy w ręce. Słońce tak pięknie przygrzewało, a ja poczułam się prawie jak na tarasie u naszej gospodyni w Sobieszewie. W tle słychać było odgłosy kawek walczących o jabłka na drzewie. Skojarzyły mi się od razu krzyczące dzikie gęsi przelatujące nad tamtą nadmorską kwaterą. Nawet w powietrzu wyczuwam coś podobnego.

Weekend zapowiada się ponoć deszczowo, więc korzystam z okazji i wstawiam pranie, by przewiał je wiatr i wysuszyły słoneczne promienie. Lubię takie niektóre domowe czynności związane z dbaniem o to, co dookoła.

Dużo spraw zostawiam do omówienia na spotkaniu z Czarodziejem, który i tak na bieżąco jest przeze mnie informowany o tym co słychać i jak się czuję. Tej nocy śniło mi się, że usłyszałam diagnozę - "rak piersi". Podświadomość wyrzuca lęk przed czekającym mnie za kilka tygodni USG po mammografii.

Doznaję też iluminacji, czyli olśnienia w różnych chodzących mi po głowie kwestiach. Mój guru ujął to tak: "to, co się teraz dzieje, to efekt przetwarzania, czyli pojawiają się nowe myśli - tzw. wgląd". Zawsze tak jest - ja się opiszę (albo nagadam), a terapeuta podsumuje to jednym, góra dwoma zdaniami.

A teraz zamykam świat wirtualny na klucz, wychodzę z domu i idę na świeże powietrze powygrzewać swoje kości w średnim wieku w ciepłych promieniach słońca.


czwartek, 18 września 2014

1.833. Spontanicznie

- Dzień dobry pani. Jak się pani miewa? - pytam przez telefon sąsiadkę.
- Dzień dobry. A dziękuję, dobrze.
- Co tam pani porabia?
- Powinnam iść skserować kilka rzeczy, ale mi się nie chce - no chyba, że ktoś by poszedł ze mną, na przykład ty - coraz bardziej zawiesza i ścisza głos aż do końcowego prawie szeptu.
- Bardzo chętnie się przejdę.
- Naprawdę? - zaszczebiotała. To ja dopiję tylko kawę i schodzę.
- Schodź - byle nie z tego świata - włącza mi się moje specyficzne poczucie humoru.

Po drodze musiałam ją uświadomić, że przez ulicę przechodzę na pasach, a nie na skuśkę jak ona i że podobnie zachowuję się na światłach, czyli że jak jest czerwone to stoję i czekam (nawet jak nic nie jedzie) - nie to, co ona. Tylko raz (na samym początku) się wyłamała, ale kiedy zobaczyła, że jestem konsekwentna i wierna swoim zasadom, a ona i tak musi na mnie poczekać, później już odpuściła i grzecznie stała ze mną, choć dawałam jej wolną rękę, mówiąc: "jak chcesz, to idź". "Nie, nie będę taka, poczekam z tobą" - odpowiadała.

Dzięki temu nieplanowanemu wyjściu kupiłam sobie sześć jasnoniebieskich doniczek za całe sześć złotych (znowu trafiłam na wyprzedaż po złotówce za sztukę), sąsiadka zrobiła ksero, nabyła kratkę do kwiatka oraz dokonała kosmetycznych zakupów w sieciówce, które zaoferowałam się nieść - ze względu na mastektomię wolno jej dźwigać maksymalnie półtora kilograma w ręce po stronie amputowanej piersi.

Jako że mam patent na bycie zorganizowaną, a sąsiadka nie posiadała listy zakupowej, więc próbowałam ją nakierować na to, czego potrzebuje, by o czymś nie zapomniała. "Pasta do zębów? Nici? Płyn do płukania? Mydło? Szampon do włosów?" - pytałam, w pewnym momencie łapiąc się na bezsensie tej ostatniej wymienionej rzeczy, co kochana wariatka skwitowała nieziemskim rechotem, do którego sama się przyłączyłam.

Od zaprzyjaźnionej pani w kwiaciarni wytargałam jeszcze worek ziemi i od razu po wejściu do mieszkania zabrałam się za przydzielanie nowych domków trzem roślinom. Dzisiaj będzie ciąg dalszy, gdyż ziemia się niestety skończyła, a ja chwilowo musiałam pohamować swoje ogrodnicze zapędy.

środa, 17 września 2014

1.832. Historia jednego kwiatka

Bardzo lubię geranium. Kształt jego liści i przede wszystkim ten charakterystyczny zapach. Niedługo po przeprowadzce nasz rachityczny egzemplarz dokonał swojego żywota. Potem Mąż poszedł do sąsiedniego bloku, w oknie którego dojrzałam doniczkę z tym właśnie kwiatkiem. Zaszczepka się nie przyjęła.

Pytałam kogo tylko się dało. I tu i tam i jeszcze gdzie indziej. Od pani z kwiaciarni dostałam kilka młodych pędów, które od razu posadziłam w ziemi. Nie wiem czy wypuszczą nowe listki, ale czekam i daję im szansę, choć nie prezentują się zbyt okazale.

Jakiś czas temu na balkonie w jednym z osiedlowych bloków zobaczyłam pięć lub sześć ogromnych donic z geraniowymi prawie już drzewami. Od razu tą informacją podzieliłam się z naszą sąsiadką, która również była zainteresowana zaszczepkami. Po uściśleniu wszystkich danych okazało się, że zna ona właścicielkę tamtego balkonu.

Od pragnienia do pragnienia, od myśli do myśli, od słowa do słowa, od czynu do czynu - pewnego dnia wieczorem rozległo się pukanie do drzwi. Po ich otworzeniu ledwo co ujrzałam twarz sąsiadki wyłaniającą się zza obu wielkich donic, które dzierżyła w dłoniach.

Weszła do mieszkania, postawiła kwiatki pod oknem w pokoju i powiedziała: "wybierz sobie tego, który ci pasuje". Ponieważ geranium nie było w dobrej kondycji (w końcu kilka tygodni stało na balkonie), więc liście uschły i pożółkły. Stwierdziłam, że trzeba się ich pozbyć. "Super, no to zdaję się na ciebie, bo ja się na tym nie znam, a wiem, że ty zrobisz to dobrze" - dodała z uśmiechem, po czym poszła do siebie.

W międzyczasie, za pośrednictwem Męża, dostarczyła kilka doniczek, bym dała kwiatkom nowe domy, gdyż stare były czarne, brzydkie i za ciasne. Mozolnie usunęłam wszystkie uschnięte liście (uzbierało się ich pół worka na śmieci), wzięłam nowe zaszczepki, przesadziłam jedno geranium kształtem przypominające okazałą choinkę do większej doniczki i następnego dnia rano dałam je sąsiadce, która wpadła na kawę.

"Zostawiłaś sobie brzydszego kwiatka" - stwierdziła porównując oba. "Ale gdybym była na twoim miejscu zrobiłabym dokładnie tak samo" - dodała rżąc radośnie. Cóż - swój swojego zawsze rozpozna. Choćby w tak błahej kwestii.