Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

wtorek, 29 lipca 2014

1.744. Cały świat

Jak ktoś narzeka, że jest mu gorąco, niech zacznie sobie suszyć włosy suszarką. Po jej wyłączeniu z pewnością będzie mu chłodniej. Nie, nie zwariowałam. Udar słoneczny też mnie ominął. Znam z autopsji - świeżej, bo dzisiejszej.

Poszłam jedynie do fryzjerki pozbyć się odrostów. Najpierw trzeba na moje włosy położyć jedną farbę rozjaśniającą, z którą siedzę 40 minut, potem ją zmyć (jak najchłodniejszą wodą się da), następnie wysuszyć i znowu położyć drugą farbę tonującą (żebym nie przypominała żółciutkiego wielkanocnego kurczaka), z którą siedzę 30 minut, potem znowu ją zmyć i znowu wysuszyć.

A że ja jestem samoobsługowa (oczywiście tam, gdzie moje możliwości sięgają i jak mi inni pozwalają) i fryzjerkę znam od prawie dwudziestu lat, więc biorę suszarkę do ręki i suszę włosy samodzielnie. Na stojąco, bo na siedząco nie potrafię. Z salonu wyszłam z wilgotnymi włosami. Celowo, gdyż nie chciałam się wykończyć dodatkowym gorącym powietrzem.

Zamknęłam za sobą drzwi i co? Poczułam przyjemnie chłodny wietrzyk i ani przez chwilę nie odczułam upału. Czyli wychodzi na to, że moja teoria z pierwszego zdania notki działa wyśmienicie.

Jak usiadłam przed laptopem i zalogowałam się na blogu miałam zamiar napisać post o byciu gorszym, ale tak się zamyśliłam nad ostatnią sesją z Czarodziejem oraz jej reperkusjami dziennymi i nocnymi, a później w całości pochłonęła mnie tabelka traum ucieczek od życia. No to ją wypełniłam i wysłałam mailem do mojego guru. A wspomniany post napiszę pewnie jutro.

Dzisiaj zaliczyłam sporo zaległego czytania. Od matki dostajemy zawsze sobotnie "Wysokie Obcasy" i nazbierało mi się kilka numerów. Zagłębiłam się w ich lekturę. Najbardziej utkwił mi w pamięci wywiad z córką Michaliny Wisłockiej, z którego dowiedziałam się jak wyglądało małżeństwo (i co się tam działo) autorki kultowej "Sztuki kochania". I bynajmniej nie chodzi o jakieś seksualne ekscesy.

Marlena Dietrich jest autorką takiego oto powiedzenia: "Kiedy już żona przebaczyła mężowi, nie może podgrzewać jego grzechów na śniadanie". W tym miejscu przypomniał mi się duży i wiśniowy jogurt z Biedronki, który Dyrektor Wykonawczy za strasznie dawnych czasów zjadł mi (nomen omen) na swoje śniadanie, pozbawiając mnie tym samym mojego posiłku.

No i po ponownym przeczytaniu stwierdzam, iż wyszedł mi post bez ładu i składu - za to w cały świat. Ale jak ktoś umie czytać między wierszami, nic mu nie umknie.


1.743. Podejrzana zawartość

Wspomniane wcześniej ciężarki domowej roboty wykorzystałam do treningu. Tym razem nie było zmiłuj - na macie zrobiłam po pięć serii każdego ćwiczenia - bez taryfy ulgowej i na własne żądanie. Ponieważ mięśnie brzucha już się przyzwyczaiły do wysiłku, a moja wydolność uległa znacznej poprawie, Osobisty Trener Personalny powoli i stopniowo wprowadza zmiany i podnosi mi poprzeczkę. Zresztą, sama na nie nalegam, gdyż brzucha swojego nadal nie lubię - przynajmniej w takim stanie, w jakim jest obecnie.

Mamy jeden kluczyk od skrzynki na listy, a że przyczepiony jest do kluczy od mieszkania należących do Męża, więc dopóki Dyrektor Wykonawczy nie wróci z pracy, nie mam dostępu do zawartości blaszanej skrytki. Wczoraj listonosz zostawił mi w niej awizo na przesyłkę znad morza od mojej zaprzyjaźnionej mamy małych bąbli.

Rankiem wysłałam Głos Rozsądku na pocztę. Zaopatrzony w mój dowód osobisty odebrał niewielką kopertę ze słodką zawartością. Skład wielce podejrzany - przynajmniej na oko. Ale bez obaw. Ksylitol, czyli cukier brzozowy - do spróbowania i przetestowania - zamiast tradycyjnej białej śmierci.

Kiedyś skusiliśmy się na stevię w tabletkach, ale ponoć stevia stevii nierówna. Ta, którą nabyliśmy jest ohydna - gorzka, wstrętna i wolę nie słodzić wcale, niż używać tego paskudztwa. Mąż podobnie.

Wypiłam właśnie kawę, do której wsypałam ksylitol. Nie zmienia on smaku napoju, a jest słodki. I wszystko byłoby cacy, tylko czemu za 250 g trzeba zapłacić aż 18 złotych? Już wolę pozostać przy miodzie.


poniedziałek, 28 lipca 2014

1.742. Cudowne rozmnożenie

Wygląda na to, że coś się we mnie przełamało jeśli chodzi o metody pracy Czarodzieja. Zaczynam bowiem zauważać różnicę w swoim myśleniu i postrzeganiu, ale także podczas każdej sesji odczuwam emocje ulokowane w konkretnych miejscach swojego ciała.

Duszność w kilku odmianach, rosnąca gula w gardle, niepokój serca, tężenie twarzy, mrowienie policzka promieniujące do oka, drżenie nóg, problemy z żołądkiem oraz rozlewanie się bólu po całej jamie brzusznej - na razie tyle tego było.

A potem nagle wszystko się zmienia. Czuję radość, uśmiecham się do siebie, jest mi spokojnie, ciepło, bezpiecznie, błogo, cudownie. Aż chce się wracać po jeszcze.

Przyznam, że od pierwszego momentu obcowania z moim guru jestem coraz bardziej zafascynowana tym człowiekiem. Bez jakichkolwiek podtekstów. Tak się bowiem szczęśliwie złożyło, że dane mi było poznać jego piękną kobietę, a i on miał okazję uścisnąć dłoń Dyrektora Wykonawczego.

Po raz pierwszy w życiu spotkałam terapeutę, który tak mocno troszczy się o klienta - zarówno w sferze ciała, jak i ducha. Chłodzący nawiew z wiatraka ustawiony jest w moim kierunku. O bezpiecznym dystansie jeśli chodzi o odległość naszych foteli decyduję ja. Przed, w trakcie i po sesji jestem zawsze pytana o samopoczucie.

Nie ma takiej opcji, bym wyszła z gabinetu w gorszym stanie niż w momencie przekroczenia jego progu. Chociaż ja nie wychodzę, ja wyfruwam i tak sobie lecę nad ziemią, gdyż nawet nie pamiętam jak wygląda moja droga powrotna do domu.

"Idź już i odpocznij sobie ode mnie i od psychologii" - słyszę na do widzenia słowa wypowiadane ze specyficznym poczuciem humoru Czarodzieja. Tylko jak się do nich zastosować skoro nasze spotkania odbywają się dwa razy w tygodniu, a ja "wiszę" terapeucie dwie tabelki traum (znowu nastąpiło cudowne rozmnożenie) - ucieczki od życia oraz złość?


1.741. Ciężarki

Coś się ostatnio pozmieniało na blogu w kwestii ustawień czcionek internetowych i w mojej ulubionej Reenie Beanie tytułowe "Ś" odstawało od reszty, więc z bólem serca musiałam ją zmienić na taką, w której całość wygląda podobnie i nie razi mojego poczucia estetyki.

Jako że bardzo późno wróciliśmy wczoraj do domu (wieczorny seans w kinie plus ostatnia msza w kościele), a do tego wszystkiego z nadmiaru wrażeń, upału i okresu pojawiła się jeszcze wielce upierdliwa migrena, wolałam nie ryzykować ćwiczeń za wszelką cenę i zrobiłam sobie wolne od maty.

W miejsce braku aktywności czysto fizycznej, postanowiłam wykorzystać swoją wrodzoną kreatywność i zakupić za zawrotną sumę PLN 2,10 dwie butelki jednolitrowej wody, których waga oraz kształt idealnie wpasowują się środkiem ciężkości w moje dłonie niczym profesjonalne ciężarki.