Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

wtorek, 18 września 2018

2577. Kochany Tato!

Odkąd pamiętam zawsze byłeś uparty i zawsze musiałeś postawić na swoim. Egoistycznie, nie licząc się z innymi, nie pytając nikogo o zdanie, podejmując decyzje po swojemu i za wszystkich.

Nie miałam z Tobą prawie żadnej relacji - no może jedynie tę opartą na panicznym strachu i nienawiści do Ciebie. Bo albo Cię nie było, albo jak byłeś to pijany, agresywny, przemocowy.

Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek dbał o swoje zdrowie - no może poza corocznym szczepieniem przeciwko grypie, o którym nigdy nie zapominałeś.

Kiedy w lutym po raz pierwszy pogotowie zabrało Cię do szpitala, usłyszałam od lekarza słowa, które nie pozostawiały żadnych złudzeń i nie dawały żadnej nadziei.

Byłam wtedy na Ciebie tak strasznie wściekła - że przez swój ośli upór, przez swoją głupotę, przez swoje zaniedbanie i na własne życzenie jesteś w takim, a nie innym stanie zdrowia.

Wtedy też pojawiły się moje łzy - z bezsilności, z wkurzenia, z żalu...

Kiedy w kwietniu po raz drugi pogotowie zabrało Cię do szpitala pamiętam swój strach o Ciebie, swój ból i swoją miłość.

A potem powoli, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień i z miesiąca na miesiąc było z Tobą coraz gorzej - miałeś coraz mniej siły, byłeś coraz słabszy. Gasłeś i nikłeś w oczach.

Wyjechaliśmy na urlop z duszą na ramieniu. Pełni obaw i niepewności o Twoje zdrowie. Gdzieś z tyłu głowy czaiło się pytanie czy na nas poczekasz - tak, jak obiecałeś.

Ileż to razy chodząc po dobrze znanych Ci z dawnych lat miejscach płynęły mi łzy, bo wiedziałam, że Ty nigdy ich już nie zobaczysz. Byłam więc Twoimi oczami. Robiłam zdjęcia, które miałeś obejrzeć w piątek.

Wychodząc od Ciebie w czwartek powiedziałam jak zawsze: "pa tatuś, do jutra". Tylko dla Ciebie tego jutra już nie było. 

Zamiast dzielić się wrażeniami i oglądać na laptopie fotografie, załatwialiśmy sprawy związane z pogrzebem. Zamiast patrzeć na Ciebie siedzącego na fotelu zobaczyliśmy Cię leżącego na noszach w kostnicy.

Ileż to razy płakałam mając świadomość  nieuchronności Twojej śmierci, na którą już od lutego się przygotowywałam. Nie wiedziałam tylko kiedy ona nastąpi.

Przez dwie noce z rzędu tuż przed powrotem do domu śniło mi się, że kruszą mi się zęby. Takie sny zawsze zwiastowały mi coś niedobrego.

W tę noc z czwartku na piątek, kiedy nieprzytomny leżałeś podłączony do respiratora, a ja w końcu usnęłam przyśniła mi się postać płci żeńskiej, która przeszła przez korytarz i powiedziała tylko jedno słowo: "umarł".

Czuję, że to był anioł. 

Wtedy pojawiła się ulga, spokój i taki wewnętrzny pokój ducha. Były i są ze mną od piątkowego poranka. 

Nawet wczoraj, podczas mszy i pogrzebu, gdzieś tak od środka uśmiechałam się patrząc na urnę z Twoimi prochami. Bo wiedziałam, że już nie cierpisz, a to najważniejsze.

Żal mi tylko tego, czego nie miałam, czego nie doświadczyłam, czego nie przeżyłam i czego nie było. Żal mi, że ani ja nie poznałam Ciebie, ani Ty nie poznałeś mnie. Ale może - paradoksalnie - to dobrze? Bo przeżywam Twoją śmierć inaczej i dzięki temu jest mi łatwiej?

Cieszę się, że przez ostatnie lata potrafiłam przejść bardzo długą drogę - od nienawiści przez przebaczenie aż do miłości. I że - co najistotniejsze - potrafiłam prosto w oczy powiedzieć Ci: "kocham Cię, Tato".

sobota, 15 września 2018

2576. Obietnica

W czwartek po południu pomimo godzinnego spóźnienia pociągu do domu, pomimo ogromnego zmęczenia podróżą, pomimo upału, pomimo niewyspania i pomimo mojej migreny zaraz po zostawieniu rzeczy w kawalerce i zabraniu upominków pojechaliśmy do rodziców.

Tata obiecał czekać na nasz powrót znad morza. Słowa dotrzymał. "Udało mi się dożyć. Ale bym Wam narobił problemów jakbym wtedy umarł" - powiedział.

W telegraficznym skrócie dzieliliśmy się wrażeniami, bo na dłuższe odwiedziny umówiliśmy się z nim na piątek przed południem.

Trzy i pół godziny po naszym wyjściu mama dotrzymała obietnicy danej ojcu - zadzwoniła po pogotowie dopiero wtedy, gdy stracił przytomność. 

Pani doktor i dwóch ratowników medycznych robili co w ich mocy (defibrylator, tlen, kroplówki, masaż serca, sztuczne oddychanie, zastrzyki), by sprawić, że jego serce zacznie pracować. 

Udało się. 

Drugą karetką, która przyjechała w międzyczasie, zabrali go do szpitala na kardiologię. Leżał na intensywnej terapii, monitorowany, podłączony do respiratora, który za niego oddychał.

Zmarł o 3:40 nad ranem nie odzyskując przytomności.

Wczoraj, praktycznie przez cały dzień, załatwialiśmy formalności związane z pogrzebem. 

Wypis i kartę zgonu w szpitalu, akt zgonu w Urzędzie Stanu Cywilnego, emeryturę w ZUS, urnę oraz inne sprawy dotyczące pochówku w zakładzie pogrzebowym, identyfikację ciała taty w chłodni, napis i grawer na tablicy na cmentarzu oraz mszę w kościele.

Dzisiaj Mąż w kaplicy pożegnań włożył kilka osobistych rzeczy do trumny. Potem, wraz z kierowcą karawanu udali się do krematorium, gdzie w sali podglądowej był świadkiem jak trumna z ciałem taty wjeżdża do pieca.

Msza pogrzebowa odbędzie się w poniedziałek o jedenastej.