Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

poniedziałek, 5 grudnia 2016

2257. Ciemność

"Oprócz chemii są jeszcze podobieństwa, które łączą dwie osoby, podobna hierarchia wartości, podobne zasady. No i ważne, żeby ludzie mieli ze sobą o czym rozmawiać". 

Powyższy cytat z wywiadu ze Zbigniewem Lwem-Starowiczem i jego synem; wywiadu, który przeczytałam już jakiś czas temu, a przytaczam je dziś nie bez powodu.

Ostatnie dni obfitują w bardzo poważne rozmowy pomiędzy mną a Mężem. Zaczęło się od słów wypowiadanych przez łzy; słów ciężkich, trudnych, ale jakże prawdziwych - że nie chce mi się już żyć, bo nie widzę ani sensu, ani celu takiego życia.

Zaliczam kolejny zjazd i kolejny dołek. Myśli o własnej śmierci mnie nie przerażają. Boję się tylko trzech rzeczy - bólu fizycznego, umierania w samotności w szpitalu, czy hospicjum, a także tego, czy będzie miał mnie kto skremować i pochować. Dlatego chciałabym umrzeć pierwsza.

Gdybym wiedziała, że nie będę odczuwać bólu, że będę w domu, a przy mnie Mąż, który spełni moją ostatnią wolę i nie pozwoli zakopać mojego ciała w ziemi, mogłabym umrzeć już teraz.

Jest mi źle samej ze sobą. Gdzieś uleciała ze mnie ta spontaniczna radość dziecka, którą tak bardzo w sobie lubiłam. Jej miejsce zajął smutek.

Mąż jest najlepszym i najcudowniejszym Mężem, jakiego mogłabym sobie wymarzyć. Odnoszę tylko czasem wrażenie, że ja nie jestem najlepszą i najcudowniejszą żoną, jaką on mógłby sobie wymarzyć.

Ciężko odnaleźć mi się w świecie, w którym ludzie postrzegają mnie przez pryzmat tego, czego nie mam, czyli pracy, pieniędzy, domu, mieszkania, kredytu, samochodu, telewizora, dziecka... Zupełnie jakbym sama w sobie nie stanowiła dla nich żadnej wartości.

Naprawdę nie chce mi się żyć.


Czasem brakuje mi siły, żeby walczyć o siebie.

piątek, 2 grudnia 2016

2256. W nieświadomości

Tak pięknie już było. Biało, puszyście, mroźnie. A jak cudnie sypało wirującymi płatkami. I co? Ano znowu czarne ulice i zielone trawniki. Dobrze, że zdążyłam zrobić kilka zdjęć i odbyć ze dwa spacery po śniegu.


Spokój też uleciał za mnie jak powietrze z pękniętego balonika. Jestem tak nabuzowana, że co chwilę wybucham, klnę jak szewc albo płaczę - jak choćby wczoraj wieczorem.

Ile można czekać na ten jeden wynik? Życie w zawieszeniu do przyjemności nie należy. Zanim dowiem się czy mam raka, zejdę na zawał - w całkowitej nieświadomości diagnozy.