Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

niedziela, 3 listopada 2013

1.375. O śmierci

Jak przez mgłę pamiętam pewien obrazek w mieszkaniu moich dziadków, którego byłam niemym świadkiem. Otóż, jeszcze za życia i w tajemnicy przed swoimi córkami wykupili sobie oni miejsce na cmentarzu i zamówili tablicę z wyrytymi nazwiskami i datami swoich urodzin. Moja matka i jej siostra żartowały z całej sytuacji. A ja tylko patrzyłam, nie bardzo rozumiejąc o co chodzi, bo jako kilkuletnia dziewczynka o śmierci nie wiedziałam nic. Nikt nigdy ze mną o niej nie rozmawiał. I nadal tego nie robi, choć od tamtej pory minęło już trzydzieści kilka lat.

Kiedy tamta babcia znalazła się w szpitalu odwiedziłam ją tylko raz. Wtedy też nie zostałam poinformowana, że jej stan jest na tyle poważny, iż niebawem umrze. Tak się stało, a mnie do dziś trudno się pogodzić, że nie mogłam się z nią pożegnać - z pełną świadomością nieuchronnego jej odejścia.

Podobnie było w przypadku męża tamtej babci oraz matki ojca. Nie było żadnej rozmowy, nie było możliwości odwiedzin. Zero jakichkolwiek informacji. Cała trójka nie umarła nagle, lecz każde z nich chorowało na tyle długo, że zarówno lekarze, jak i moja matka musieli wiedzieć, iż są oni w drodze do wieczności.

Teraz, kiedy wracam myślami do tego pierwszego obrazka, o którym wspomniałam na początku notki, myślę, że dziadkowie postąpili bardzo roztropnie i przezornie. Zaoszczędzone z renty i emerytury pieniądze zainwestowali w swój grób, nie chcąc tym samym obciążać rodziny dodatkowymi kosztami, które są przecież ogromne.

Podczas odwiedzin na jednym z cmentarzy, zrobiliśmy z Mężem rozeznanie i przyznam, że ceny nas powaliły. Nie zacytuję dokładnych liczb, ale robią wrażenie. I tak zaczęliśmy się oboje zastanawiać gdzie, jak i za co pochowalibyśmy moich rodziców, gdyby ci umarli przede mną.

Próbowałam podpytać matkę o tę kwestię. Jaka była jej reakcja? "To co - mam już umierać, tak?" Obraziła się, posądzając mnie o coś, co mi nawet przez myśl nie przeszło. Moje zainteresowanie i troskę (ludzie mają przecież różne pomysły i kiedy mają o nich powiedzieć, jak nie za życia?) odczytała jako życzenie jej rychłego zgonu.

Wiem, że z Mężem jesteśmy inni. Czasem czujemy się jak kosmici, ale dla nas rozmowy o śmierci, umieraniu, cierpieniu, czy chorobie nie są żadnymi tematami tabu. Potrafimy i chcemy o nich mówić - głośno, otwarcie i bez zażenowania.

Każdy umrze. Każdy. Bez wyjątku. Ja, Mąż. Ty i Ty też. Uciekanie od tematu nie sprawi, że on przestanie nas dotyczyć.

To ci się na pewno uda - wywiad z chorym na raka księdzem Janem Kaczkowskim

The Battle We Didn't Choose - blog męża chorej na raka piersi kobiety, który dokumentował jej walkę z nowotworem