Podziwiam niektóre kobiety za ich determinację i dążenie do celu, jakim jest posiadanie biologicznego dziecka. Chylę czoła przed tym, co przechodzą przed, podczas, w trakcie oraz po inseminacji, czy in vitro.
Będąc na ostatnim USG spytałam lekarza co sądzi na temat ewentualnej mojej ciąży. Na szczęście nie zaczął mnie zachęcać do usunięcia "uszkodzonego" płodu, gdyby taka sytuacja miała miejsce. Wspomniał o ryzyku, ale taktownie i grzecznie, bez nacisków, czy wybijania mi czegokolwiek z głowy. Skoncentrował się raczej na stymulacji pracy jajników. Opowiedział na czym cały ten proces polega. I tą wiedzą podzielę się tutaj.
Pierwsze USG kontrolne (czy na przykład nie doszło do ciąży w poprzednim cyklu) należy wykonać pomiędzy pierwszym a piątym dniem nowego cyklu. Drugie, żeby sprawdzić czy są pęcherzyki - w dziesiątym dniu. Przy trzecim USG robi się także badania krwi (LH - czyli nic innego jak test owulacyjny oraz poziom estradiolu i progesteronu). Wszystko po to, by dokładnie określić na który dzień cyklu przypadnie owulacja. Wtedy też wiadomo kiedy są najkorzystniejsze warunki do współżycia i zajścia w ciążę. Czwarte badanie USG przypada na drugi dzień po owulacji i ma na celu sprawdzenie czy pęcherzyk, bądź pęcherzyki pękły. Po dziesięciu dniach od współżycia należy zrobić badanie krwi (beta HCG), które pokaże, czy doszło do zapłodnienia. Całą procedurę można przeprowadzić metodami naturalnymi lub ze wspomaganiem w postaci tabletek hormonalnych oraz specjalnych zastrzyków w brzuch, a naturalne poczęcie można zastąpić inseminacją.
Wysłuchałam wszystkiego na spokojnie. Na koniec pan doktor dodał jeszcze: "wie pani, tak naprawdę wszystko jest w głowie". Westchnęłam i odparłam, że jeśli o mnie chodzi, będzie, co ma być, bo gdybym zdecydowała się na te wszystkie badania, które wymienił, byłabym o wiele bardziej zestresowana, niż zdając się na czerpanie radości ze spontanicznego seksu dla samej przyjemności.
Rozmawiałam o wszystkim z Głosem Rozsądku. Oboje doszliśmy do tych samych wniosków. Szczegóły techniczne oraz współżycie prawie "na rozkaz" nie poprawiłyby stanu ani mojej, ani Męża psychiki i obawiam się, że ze stresu głowa też by zaprotestowała. Miałabym nieodparte wrażenie, że uczestniczę raczej w dobrze zorganizowanej "produkcji", a nie w poczęciu małego człowieka.
Coraz bardziej przyzwyczajam się do myśli, na którą się godzę i którą akceptuję - że poza Adasiem w niebie, nie będę już mamą innego dziecka. Nie zamykam się jednak na ewentualną niespodziankę w postaci dwóch kresek na teście ciążowym. Tak jest lepiej dla mnie i dla Męża.
Jest nam ze sobą dobrze. Jesteśmy szczęśliwi. Lubimy spędzać razem czas. Dziecko - o ile by się pojawiło - byłoby cudownym darem - kimś w rodzaju ogromnego prezentu bez okazji, który przyjęlibyśmy z radością. Ale jeśli się tak nie stanie, nie będzie tragedii i powodu do rozpaczy, bo mamy siebie i naszą miłość, którą chcemy się dzielić i pielęgnować.