Miałam iść na bazarek po świeże pomidory, ale na "miałam" się skończyło. Ból i zawroty głowy, gorące i duszne powietrze (nawet wiaterek nie pomagał) i ogólna niemoc skutecznie mi to uniemożliwiły. Skończyło się na kilku osiedlowych sklepach.
Idę sobie jednym ze skrótów, skręcam i wychodzę zza krzaków, a wprost na mnie, po chodniku, idzie jeden z ulubionych znajomych futrzaków - czarny, chudziutki i miauczy.
- Cześć kot - mówię do niego.
- Miau - odpowiada on.
- Co słychać?
- Miau.
- Gorąco, nie?
- Miau.
Wygłaskałam go, podrapałam za uszami, a on otarł mi się o nogi. Pożegnałam go, a ten zamiast iść w kierunku, w jakim zmierzał jak mnie zobaczył, nagle poszedł za mną. W pewnej odległości co prawda, ale jednak.
- Idziesz ze mną do sklepu?
- Miau.
Tośmy sobie pogadali. Ja w swoim, a kot w swoim języku.