Opublikowane kiedyś przeze mnie "Posłanie do nadwrażliwych" nie traci ani na wartości, ani na znaczeniu. Niejednokrotnie było, jest i pewnie będzie jeszcze tematem wielu rozmów pomiędzy mną i Mężem.
Ze swoją wrażliwością, a może i nadwrażliwością, często sobie nie radzę. Trudno jest mi wytłumaczyć siebie przed kimś, kto ma całkowicie inne priorytety życiowe - i nie mam tu na myśli Dyrektora Wykonawczego, bo on stara się i chce mnie zrozumieć, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna.
Od kilku dni mam dylemat, z którym nie wiem co począć i co zrobić. Z jednej strony ktoś o dobrym sercu, kto naiwnie wierzy i pomaga komuś, kto sprytnie nauczył się manipulować ludźmi i grać na strunach ich emocji. Powiedzieć temu pierwszemu, że swoją szczodrobliwość kieruje pod niewłaściwy adres, czy nie?
Czy ktoś, kto uważa się za biedaka pokrzywdzonego przez los, a przy tym ma całkiem nieźle urządzone mieszkanie, samochód, pracę i zdrową rodzinę, nie nadużywa zaufania innych, biorąc ich na litość, nie mając przy tym jakichkolwiek skrupułów, żeby naciągać ich na co tylko się da?
A może nie powinnam się przejmować, bo to nie moje małpy i nie mój cyrk? Tylko czemu w nocy nie mogę spać, bo analizuję każdą pojawiającą się myśl? I czemu ściska mnie w klatce piersiowej tak mocno, że tchu nie daję rady złapać, lewa ręka mi drętwieje, na czoło występują krople zimnego potu, a w głowie wiruje?
Wiem natomiast jedno - dla własnego zdrowia, zarówno tego fizycznego, jak i psychicznego, potrzebuję oddechu i wytchnienia od ludzi, którzy nie cofną się przed niczym, żeby osiągnąć swój cel.
Wolałabym nieraz nie wiedzieć, nie widzieć, nie słyszeć i nie czuć. Byłoby mi łatwiej znieść podłość, oszustwa i manipulację.
Żeby nie kończyć tak pesymistycznie, odrobina nadziei na to, że są tacy, którym się chce pomagać innym - bezinteresownie.