Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

piątek, 11 października 2013

1.350. O lekach

Mam taki plastikowy żółty koszyczek, w którym trzymam aktualnie zażywane leki. Mówię na niego "babcina apteczka". Staram się, aby w środku znajdowało się jak najmniej specyfików, więc jeśli już czegoś nie muszę brać, chowam to do naszego małżeńskiego pudełka, w którym przechowujemy najpotrzebniejsze medykamenty.

Poszłam wczoraj do mojej pani pulmonolog, która jakieś pięć lat temu, po kilku miesiącach obserwacji, zdiagnozowała u mnie astmę oskrzelową na tle wysiłkowym. Mam taką przypadłość, że przeważnie zawsze przychodzę za wcześnie - nieważne gdzie, z kim i kiedy się umówię. Wolę sobie spokojnie poczekać, ochłonąć i dojść do siebie, niż tak od razu, z mety, wpadać do gabinetu.

Nie wiem czy to pogoda wariuje, czy ja jestem taka słaba, ale ledwo doszłam do przychodni. Ubrana w cienką bluzkę koszulową (wolę mieć co rozpiąć podczas badania niż się męczyć ze ściąganiem przez głowę), kurtkę dżinsową i chustkę na szyi. Plus oczywiście spodnie i buty. Po drodze i tak musiałam wejść do sklepu po soczek (banan z innymi owocami dodaje energii, bo podnosi poziom cukru we krwi).

Przyszłam, siadłam na kanapie i zostałam poproszona do gabinetu. Przezornie wzięłam ze sobą wypis ze szpitala, gdzie znajdowały się wszystkie wyniki badań. Opowiedziałam o zasłabnięciu w kościele i tym ostatnim zdarzeniu. Zostałam osłuchana ze wszystkich stron, wygnieciona w okolicach brzucha, ostukana po plecach, zmierzono mi dwukrotnie ciśnienie oraz tętno. No i EKG, a potem pobranie krwi na gazometrię (po raz pierwszy w życiu) i cukier. Nie obeszło się oczywiście bez spirometrii, po której dostałam ataku kaszlu.

Intuicja mnie nie zawodzi - w każdej dziedzinie, nawet tej związanej ze zdrowiem. Zawału nie przeszłam, więc nie sprawdziły się podejrzenia matki i Męża. Poza odwiecznym niepełnym blokiem prawej odnogi pęczka Hisa (cokolwiek to znaczy) moje serce bije poprawnie. Spirometria w dolnej granicy normy, czyli bez zmian. Za dużo potasu we krwi, za mało tlenu i magnezu.

Zostałam obsztorcowana przez panią doktor. Z kilku powodów. Bo powinnam mieć przy sobie (mam, ale nie zawsze) Ventolin, żeby w razie napadu świstania się natychmiast zainhalować. Bo powinnam od wczoraj nosić jeszcze Validol i w razie zasłabnięcia ssać jedną tabletką (a tak w ogóle, jak robi mi się słabo, mam wyjść na powietrze i najlepiej gdzieś się położyć). Bo powinnam nie dopuszczać do uczucia głodu i bycia spragnioną (w związku z tym mam mieć pod ręką jakieś cukierki, a oprócz tego mam bardzo często jeść, bo jestem "młoda i szczupła" - cytując lekarkę).

Moje zasłabnięcia, pieczenie i palenie w klatce piersiowej, drętwienie lewej ręki, szumy w uszach, zawroty głowy, zimne poty i chłodne kończyny mogą mieć wiele przyczyn. Raz, że jestem wysoka. Dwa, że mam niskie ciśnienie. Trzy, że dożywotnio związał się ze mną pan Hashimoto. Cztery, że mam astmę. Pięć, że przeszłam sto lat temu zapalenie mięśnia sercowego. Sześć, że moja emocjonalna wrażliwość jest bardzo wysoka.

Dobrze byłoby również, żebym skonsultowała się z kardiologiem - echo serca oraz próba wysiłkowa. Tylko po co? Znowu płacić za prywatną wizytę, żeby się dowiedzieć, iż wszystko w porządku? O nie, nic z tego.

Wyszłam z gabinetu z trzema receptami, które udało mi się dzisiaj zrealizować w jednej (!) aptece. Jestem w szoku, gdyż zwykle nie mają na stanie tylu opakowań, ile aktualnie potrzebuję. Dwa razy dziennie po dziesięć kropli na cukier, magnez z witaminą B6, Castagnus na obniżenie prolaktyny, Aspiryna przeciwko migrenie, no i oczywiście inhalatory plus jeszcze jeden lek ułatwiający oddychanie - tu na szczęście mam już zapas na trzy miesiace.

Wysoki rachunek umożliwił mi zapłacenie kartą, dzięki czemu bank nie zabierze nam z konta całych czterech złotych miesięcznej opłaty za nieużywanie plastikowych pieniędzy. Cud, bo PIN wstukałam poprawnie i nawet nacisnęłam potem zielony przycisk.

Niniejszym, do zawartości babcinej apteczki dołączyły dzisiaj nabyte medykamenty. Temat lekarstw uważam za zamknięty, za to w wielu innych (znacznie ciekawszych) kwestiach na pewno jeszcze się wypowiem w kolejnych notkach.