Wczoraj zimno, dzisiaj gorąco. Niektórzy ludzie pozdejmowali kurtki i chodzili w T-shirtach. Mąż także niósł swoją przewieszoną przez rękę, a i tak było mu za ciepło w naprawdę cienkim swetrze.
Słońce wyjrzało zza chmur, a rośliny od razu zaczęły prezentować swoje weselsze oblicze. Jakby nabrały rumieńców - dosłownie i w przenośni.
Kiedyś pisałam, że Dyrektor Wykonawczy jest jak mały chłopiec kiedy widzi słodycze - co prawda jeszcze nie kwiczy, ale cała reszta zgadza się z piosenką...
Wata cukrowa to jakiś słodyczowy fetysz Męża, aczkolwiek ostatnią delektował się chyba podczas naszego tygodnia poślubnego w Krakowie, czyli ponad cztery lata temu, więc nie jest aż tak tragicznie.
Siedział dziś Głos Rozsądku w parku na ławce, spożywając rzeczone węglowodany ręką (bojąc się o stan swojej podciętej przeze mnie rano brody), a kilkoro dzieci przechodzących obok natychmiast zaczęło domagać się podobnej waty od swoich rodziców. Taki duży, a zły przykład daje.
