Moi zapobiegliwi i próbujący kontrolować wszystko rodzice poprzestawiali większość zegarów i zegarków w mieszkaniu (a mają ich po kilka w każdym pomieszczeniu) wczoraj rano, więc niejednokrotnie patrząc na którąś tarczę zastanawiałam się w jakiej strefie czasowej jeszcze (albo już) jestem.
Mąż i ja cofnęliśmy nasze zegarki również wczoraj, ale tuż przed pójściem spać, bo i po co robić to wcześniej? O swojej komórce zapomniałam, podobnie jak Dyrektor Wykonawczy o czasomierzu, który nosi na ręce.
Jakoś tak dziwnie zawsze się czuję po cofnięciu wskazówek. Godzina więcej. Jedyne zaskoczenie było po wyjściu z kościoła, bo na dworze zrobiło się już ciemno, a przecież tydzień temu panowała jasność. Nic to, trzeba się będzie przyzwyczaić do nowego rytmu. W tę stronę jest łatwiej niż na wiosnę.
Spacer był, ale mniej leniwy od tego sobotniego i bardziej nastawiony na dotarcie do ulubionego ciucholandu, w którym szukaliśmy dżinsów - każdy z nas dla siebie. Ja znalazłam - oczywiście wśród męskich, bo zawsze jest problem z długością damskich nogawek. Jakby na mnie szyte, idealnie leżą, nowe, z metką, a Mąż niestety jeszcze nie tym razem, ale on i tak jest w lepszej sytuacji, bo ma trzy pary, a ja dwie (w tym jedne grube - wyłącznie na zimę).
A na kolację była czekolada na gorąco. Z mlekiem.


