Odkąd pamiętam lubiłam dowiadywać się czegoś nowego, a jeśli jeszcze dotyczyło to dziedziny, którą się interesowałam, tym bardziej byłam chętna się tego nauczyć i to poznać. Popadałam wtedy w taki specyficzny stan połączenia ekscytacji, zamyślenia i koncentracji, który uwielbiam, gdyż związany jest on ze zmianą postrzegania, podejścia oraz rozwojem.
Tak właśnie było w szkole, na studiach, na grupie dla DDA, na terapii indywidualnej, czy na wszelkiego rodzaju kursach i warsztatach. Tak było (i nadal jest) teraz - od wczesnego przedpołudnia, kiedy przekroczyłam wreszcie czwarte drzwi, do których zapukałam i znalazłam się tam, gdzie chciałam od dawna, czyli na specjalistycznym szkoleniu kończącym się otrzymaniem dyplomu uprawniającego do pracy w hospicjum.
Genialny prowadzący - Czarodziej - tak go nazwałam i tak będę o nim tu pisać, bo jestem pewna, iż jego osoba jeszcze nie raz się pojawi na blogu. Nie mogłam lepiej trafić. Ogromna wiedza, niesamowita inteligencja, wieloletnie doświadczenie w codziennej pracy z terminalnie chorymi pacjentami onkologicznymi, poczucie humoru, zdrowy dystans do siebie i ludzi, fantastyczny dar przekazywania wiadomości oparty nie tylko na teorii, lecz przede wszystkim na przykładach - to pewnie zaledwie wierzchołek góry lodowej, który miałam okazję poznać podczas trzech godzin spędzonych na uczestniczeniu w tym wyjątkowym szkoleniu. Kilka kolejnych wciąż przede mną. Plus nadrobienie spotkań, na których nie byłam, a które miały już miejsce.
Wyniosłam z niego całą walizkę po brzegi wypełnioną nowymi informacjami. Na razie jeszcze ich nie uporządkowałam, nie ułożyłam, nie poskładałam równiutko w kosteczkę i nie wyprasowałam. Wrzuciłam do środka, pilnując jedynie, by się tam zmieściły i żadna z nich gdzieś nie zapodziała. Potrzebuję czasu, by się nimi podzielić i o nich napisać. Bo że chcę to zrobić jest jak najbardziej oczywiste.
