Ze dwadzieścia parę plastikowych spinaczy zdążyło pęknąć mi w ręce podczas rozwieszania prania na balkonie. Wszystkie pochodziły jeszcze ze starych angielskich zapasów. Ze trzy spadły na ziemię i zaginęły w akcji. Jeden został uratowany przez Męża, który od razu pofatygował się na dół po uciekiniera.
Do powyższych zdarzeń jestem już przyzwyczajona. Za to dzisiaj poczułam się jak bohaterka kultowego filmu Barei "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?". W okolicach pięćdziesiątej minuty jest tam taka scena z rolkami papieru toaletowego rozwijającego się na ulicy i tworzącego przejście dla pieszych.
Jako że wczoraj położyliśmy się wcześniej, rano zostaliśmy obudzeni około 5:30 przez rozśpiewane grupy pielgrzymkowe opuszczające granice miasta. Wstaliśmy więc i zabraliśmy się do pracy. Dyrektor Wykonawczy poszedł po pieczywo, warzywa i owoce, a ja załadowałam pralkę naszymi ciuchami i stwierdziłam, że zamiast bezczynnie czekać aż program się skończy, umyję okna w pokoju.
Wzięłam płyn i rolkę z papierowymi ręcznikami. Postawiłam je na parapecie. Już prawie kończyłam (wycierałam do sucha tę najmniejszą szybę na dole drzwi balkonowych) i tak jakoś niefortunnie sięgnęłam po ręczniki, że cała rolka w mgnieniu oka rozwinęła się niczym wspomniany powyżej papier toaletowy. Wychyliłam się i ujrzałam białą wstęgę sięgającą do czerwonych pelargonii w skrzynkach na pierwszym piętrze. Za moment wszystko spadło na ziemię.
Głos Rozsądku zachował się jak rasowy zadaniowy facet - zszedł na dół i pozbierał cały bałagan. Miał szczęście, że zdążył, gdyż niespodziewaną papierową konstrukcją interesowały się już kawki. A ja z wrażenia, obserwując sytuację z góry, o mały włos nie wyrzuciłabym za balkon swojego klapka...
