Na czas upałów zawiesiłam ćwiczenia na macie. Od dzisiaj je wznawiam i aż jestem ciekawa czy dam radę zrobić całą serię bez stękania, kwękania, narzekania i marudzenia. Wczoraj znalazłam też kilka nowych na płaski brzuch - mam zamiar je wypróbować.
A będąc w temacie brzucha - przestałam zwracać na niego uwagę. Polubiłam, zaakceptowałam, przestałam się z jego powodu dręczyć, obwiniać, stresować i martwić. Jest częścią mnie. Zmniejszy się - to dobrze. Zostanie - też dobrze. Ulżyło mi i zeszło ze mnie ciśnienie oraz parcie na rezultat.
Od kilku dni nie używam swoich dwóch inhalatorów rano i wieczorem, lecz jedynie rano. Testuję swój organizm, który na razie ze mną współpracuje w tej kwestii. Lepiej i lżej mi się oddycha, więc dążę do całkowitego odstawienia medykamentów. Wierzę, że wygram z astmą siłą woli i zmianą przekonań.
Okazało się, że nie tylko ja uczę się wielu rzeczy od Czarodzieja. Ostatnio przez dobre kilka minut śmiał się z określenia "stara raszpla" (bo ponoć nigdy o owej raszpli nie słyszał), którego użyłam jako przykład podczas tłumaczenia mu kto to jest troll i hejter. Zaczęło się od jego pytania co lubię robić i co sprawia mi radość. Jak to co? Pisanie, fotografowanie, spacery, czytanie, rozmowa. A że mój guru drążył temat co piszę, zgodnie z prawdą przyznałam, że blog. "A co to takiego?" - spytał. I tak potoczyło się potem lawinowo aż do wyżej wymienionej raszpli.
Długi weekend przed nami. W lodówce tężeją cztery galaretki cytrynowe z borówką amerykańską oraz trzy inne na głębokich talerzach. Oznaczać może to tylko jedno - jutro razem z Mężem (nikt tak jak on nie potrafi perfekcyjnie rozpuścić żelatyny w mleku) robimy śmietanowca. Będziemy też smażyć racuchy - w końcu "praktyka czyni mistrza", więc mam szansę wcielić w życie te słowa.
