W poniedziałek przez dłuższy czas myślałam, że jest sobota. Bo jakoś tak dziwnie się czułam w środku dnia w galerii handlowej. Nawiasem mówiąc pójście tam było największym błędem i pomyłką. Szczególnie że opanowały ją tłumy uczniów rozpoczynających nowy rok szkolny.
Znalezienie wolnego stolika w części gastronomicznej graniczyło z cudem, więc zamiast chińskiego jedzenia, udaliśmy się do tradycyjnego polskiego baru mlecznego, gdzie każde z naszej trójki wybrało coś innego dla siebie. Jedynie kompot nas połączył.
Mama głodna była deseru, więc już w innym lokalu, kulturalnie i przy stoliku dokonała konsumpcji gofra z bitą śmietaną i kawałkami pomarańczy. Mąż zamiast tej ostatniej wolał domowej roboty sos truskawkowy, a ja raczyłam się lodami stracciatella.
Odwiedziliśmy kameralny ciucholand, do którego chadzam raz lub dwa razy w miesiącu. Zauważyłam, że wciąż kupuję ubrania podobne do tych, co wiszą w szafie lub leżą na półkach w komodzie. Zarówno jeśli chodzi o kolor, fason i materiał.
Jako że pogoda nas nie rozpieszcza, wraz z Dyrektorem Wykonawczym profilaktycznie zażywamy codziennie uderzeniową dawkę witaminy C.
Głos Rozsądku poprosił mnie o zakup brakujących leków przepisanych przez gastrologa. Niech ma i łyka - na zdrowie jelitom.
Żeby nie było, że samymi medykamentami żyjemy, będziemy testować nowe smaki miodów - akacjowy, spadziowy i wrzosowy.
Mam również owocową herbatkę - w sam raz na te chłodne, ciemne i deszczowe dni.
Jak już jestem przy gorących napojach, to się jeszcze pochwalę gustownymi kubkami termicznymi - wręcz idealnymi na jesień.
Dzisiaj Mąż przygotowuje domowy obiad (żeberka, bataty oraz surówka ze startej marchewki i jabłka), a potem wybieramy się do kina. Dobra wiadomość jest taka, że na razie nie pada.