Tak czułam, że wcześniej czy później to nastąpi. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam nawet o tym z Mężem, zastanawiając się kiedy zaistnieje taka sytuacja. Ale po kolei.
Pojechałam na onkologię. Bez kolejki i bez problemu pobrali mi krew przed jutrzejszą wizytą u chemika. Posiedziałam chwilę z zaprzyjaźnioną instruktor terapii zajęciowej. Później autobusem dotarłam do galerii.
Potrzebowałam kupić krem do twarzy i emulsję do ciała. Od lat używam tej samej, sprawdzonej, z maksymalnym filtrem. Okazało się, że nie dość, że trafiłam na promocję cenową, to jeszcze dodatkowo dwupak kosztował 35 złotych, a jedna - 44 złote. Wzięłam więc tańszą wersję - najwyżej druga sztuka zostanie na przyszły rok.
Poszłam też do innej sieciówki po puszki do pudru (notabene także z rabatem). Pani zeskanowała klubową kartę z ekranu telefonu po czym - tu wracamy do początku notki - mówi z automatu: "w promocji mamy spray przeciwko puszeniu się włosów". A ja na to z szelmowskim uśmiechem (dobrze, że mam do siebie dystans) odpowiadam: "najpierw trzeba mieć włosy".
