Obudziłam się dziś rano dopiero przed dziewiątą. Nie ma się co dziwić, bo jak nie za bardzo mogę spać w nocy, to logiczne, że nadrabiam potem.
Tuż po jedenastej pojechaliśmy z Mężem na onkologię. Tym razem sam ordynator oglądał i przemywał moją ranę po porcie. Pani pielęgniarka po mistrzowsku założyła opatrunek - do tej pory się nie odkleił.
Wpadliśmy do domu dosłownie na półtorej godziny. Zdążyłam schować wczorajsze pranie i wstawić nowe. Przebraliśmy się, spakowaliśmy dwa kajmaki, butelkę grzańca oraz kiełbasę i wsiedliśmy do samochodu znajomych, z którymi udaliśmy się na ognisko.
Miało się ono odbyć co prawda wczoraj, ale jako że lało cały dzień, koleżanka obdzwoniła wszystkich zainteresowanych i przełożyła je na dziś. To ta sama dobra dusza, która pochowała naszego Pepe pod mirabelką (zdjęcia poniżej) i która przyjeżdża po mnie na onkologię w nagłych sytuacjach.
![]() |
Gdzieś pod
tymi gałęziami leży sobie nasz kochany malutki Pepe
|
Cieszę się, że kilka godzin mogłam spędzić wśród ludzi ze swojej licealnej klasy i w innym niż onkologia miejscu. Chociaż oczywiście nie obeszło się bez pytań o moje zdrowie.
Każdy z uczestników dostał biało-czerwone wstążeczki
do przypięcia - wszak dzisiaj przypada Święto Niepodległości. Było dużo dobrego
jedzenia (w tym rogale marcińskie i gar grochówki).

