Dzisiejsza wizyta na oddziale chirurgii (na tym samym, na którym - jak nic nieprzewidzianego nie stanie mi na drodze - za dwa tygodnie będę operowana) odbyła się błyskawicznie. Swoją drogą - jeszcze tam nie leżę, a już znam parę pracujących tam osób.
Lekarz dyżurujący został poinformowany wczoraj przez panią doktor, że przyjdę. A jak tam byłam, wysłałam SMS do anestezjologa, że jestem. Zjawił się natychmiast. W zabiegowym miałam więc nad sobą dwóch miłych lekarzy oraz śliczną panią pielęgniarkę.
- Wszystko, co się mogło stać z portem, stało się właśnie u Pani - powiedział anestezjolog do tamtej dwójki.
- Pechowiec portowy to ja - dodałam.
Odkleili plastry, które nie przemokły przez noc. Obejrzeli ranę. Przy naciśnięciu obrzęku pytali czy boli. Nie bolało. Przemyli, posmarowali maścią (jedną tubkę dostałam w gratisie) i zakleili. Jeśli nie będzie się sączyć jutro przed południem, mam nie przyjeżdżać na oddział. Ale jak coś będzie jeszcze wyciekać, mam się pojawić - sam ordynator będzie na dyżurze.
Spytałam jeszcze anestezjologa o tego gronkowca i czy ewentualnie coś mi z jego strony (gronkowca, nie lekarza) grozi oraz czy będzie to mieć wpływ na operację. Odparł, że rozmawiał już z "moim" chirurgiem na ten temat. Jak widać przejął się człowiek i czuje się odpowiedzialny, a to miłe i dość rzadkie podejście jeśli o lekarzy chodzi.
Chciał również, żebym mu się pokazała jutro o ósmej, ale stwierdziłam, że tak rano nie chce mi się wstawać i wolę przyjechać na dwunastą. Krakowskim targiem umówiliśmy się więc na na oddziale intensywnej terapii we wtorek przed moim USG piersi.
Czuję się zaopiekowana i w związku z tym poprawił mi się nastrój. Powoli wraca także moje dobre nastawienie...
