Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

sobota, 9 listopada 2019

2894. Kap, kap, płyną łzy

Z bezsilności, niemocy, zmęczenia i bólu wypłakałam się wczoraj Mężowi przez telefon. Po raz pierwszy od czasu diagnozy nie mogłam (i wcale nawet nie chciałam) powstrzymać łez.

Rano wstałam i zobaczyłam, że z miejsca po usunięciu portu sączy się ropa. Wysłałam SMS do anestezjologa, który oddzwonił do mnie i spytał czy mogę zjawić się na chirurgii w samo południe. Doktorek rozmawiał z lekarką dyżurującą, która miała się mną zająć. Prosił też o telefon jak już będę po wszystkim.

Za kilka minut dostałam od niego jeszcze SMS: "Wynik posiewu płynu z rany - gronkowiec koagulazoujemny, czyli skórny, czyli norma. Proszę przekazać Pani doktor".

Jak zaczęłam sobie czytać o tym gronkowcu (klik), oczami wyobraźni widziałam najgorszy z możliwych scenariuszy. Bez udziału raka, ale z sepsą w roli głównej.

Pojechaliśmy na onkologię razem z Mężem. Bez problemu znalazłam panią doktor. Na oddziale spotkałam też chirurga, który będzie mnie operował. Nie nazwę tego inaczej jak przeznaczeniem, bo zajrzał tam dosłownie na chwilę do innej pacjentki.

- A Pani co tu dzisiaj robi? - spytał wielce zdziwiony.
- To Pan też zna tę Panią? - zapytała jeszcze bardziej zdziwiona dyżurująca lekarka.
- A kto mnie tu nie zna? - spytałam ja.

Szczęściem w nieszczęściu podobno gronkowiec nie wpłynie na przesunięcie terminu operacji. Przynajmniej tak powiedział "mój" chirurg, który doradził kupno w aptece antybakteryjnego mydła ze srebrem i mycie nim całego ciała. Sama z siebie nabyłam również maseczki na twarz, żeby dmuchać na zimne.

Pani doktor zaprosiła mnie do gabinetu zabiegowego, kazała rozebrać się do pasa i położyć na leżance. Dezynfekowała, nacinała, nakłuwała, naciskała, polewała, smarowała maścią, przyłożyła gaziki i przykleiła plaster. Stwierdziła, że teraz będzie już tylko lepiej.

Ropy ponoć było niewiele, za to cała masa chłonki, która ma się sączyć i będzie się sączyć. Dostałam zapasowe sterylne gaziki i plastry, żeby starczyły mi do jutra.

Korzystając z okazji, poprosiłam lekarkę, by obejrzała moje żebra. Szczęściem w nieszczęściu są stłuczone, ale nie pęknięte. Boleć będą jeszcze miesiąc lub dwa. Mogę ratować się jedynie środkami przeciwbólowymi, gdyż w tym przypadku nic innego z żebrami zrobić się nie da.

Codziennie mam przyjeżdżać na przemywanie rany i opatrunek. I z długiego weekendu, bez odwiedzania murów onkologii, nici.


Zadzwoniłam do doktorka od portu i opowiedziałam co się zadziało. Jak już będę jutro na chirurgii (znowu w samo południe), mam mu dać znać - dyżuruje na intensywnej terapii, więc przyjdzie mnie obejrzeć.

A kiedy wyszliśmy z Dyrektorem Wykonawczym z budynku szpitala, znowu zaczęłam płakać...