Wczoraj wieczorem okazało się, że bolą mnie żebra z lewej strony - najprawdopodobniej stłuczone podczas wjeżdżania do wnętrza rezonansu. I pomyśleć, że zrobiła mi to (oczywiście niechcący) koleżanka z ławki...
Pomimo bólu, który nasila się podczas chodzenia i leżenia - przy przekręcaniu się z boku na bok, staram się jakoś dawać radę. Żadna z szesnastu chemii mnie nie poturbowała tak, jak wszystkie inne, niezwiązane z nią kwestie.
Mam obolałe prawie całe ciało (poza głową), które zdaje się być poza moją kontrolą. Czuję się jak worek treningowy, w który wbija się igły; który się rozcina, coś wkłada i wyjmuje, zszywa, przyciska i tak dalej.
Wygląda na to, że dziś mam gorszy dzień. Dzień użalania się nad sobą, dzień narzekania, dzień marudzenia i dzień łez pod powiekami.
