Jeszcze przed wyjściem z domu odbyłam trzy telefoniczne konsultacje lekarskie, gdyż od wczorajszego wieczoru odczuwam dziwny ból w lewym boku pod żebrami. Nie wiem czy to skutek kontrastu, czy antybiotyku albo jeszcze coś innego. Troje medyków zaleciło środki przeciwbólowe i rozkurczowe.
Dzwonił też doktorek od portu z informacją, że wynik posiewu będzie dopiero w poniedziałek. Pytał jak się czuję i jak wygląda miejsce po usunięciu. Mam do niego dzwonić w niedzielę rano, po ostatniej tabletce antybiotyku. Wtedy zdecyduje co dalej - czy przedłużyć ten sam lek, czy nie.
Kolejny dzień i kolejne odwiedziny na onkologii. Tym razem badanie moczu oraz krwi przed operacją. Tym razem na czczo. Na szczęście trafiłam na pielęgniarkę, która wkłuwa się w żyłę bardzo sprawnie i prawie bezboleśnie.
Po wszystkim usiadłam na krześle na korytarzu, wypiłam poranne prochy, zjadłam bułkę, popiłam kawą i dopiero wtedy opuściłam mury onkologii, mając nadzieję na czterodniową przerwę i przedłużony weekend.
A po południu pojechałam w odwiedziny do mojej pani profesor od angielskiego. Na stole stał serniczek i pączki oraz kieliszki na cytrynówkę, której gospodyni nawet nie podała na wieść, że ja znowu biorę antybiotyk.
Ale nic straconego, gdyż czego nie skosztowałam, dostałam w prezencie - na wynos. Własnej roboty, mocna, bo na spirytusie. Przed spożyciem wstrząsnąć.