Chcieliśmy z Mężem sprowokować ludzi do uśmiechu, więc oboje założyliśmy swoje kiczowate świąteczne swetry i pojechaliśmy na onkologię. Część osób zamiast na świecącą sześcioma diodami choinkę, patrzyła na moją głowę - od 23. grudnia chodzę bowiem bez czapeczki. Ale zdarzały się też bardzo wesołe reakcje na nasz ubiór. Czyli cel został osiągnięty.
Wizyta u chemioterapeuty przebiegła w przesympatycznej atmosferze. Ledwo weszłam, a doktor od razu zwrócił uwagę na moje lewe oko. Rano zauważyłam, że pękło mi w nim naczynko. Lekarz sam z siebie zaproponował receptę na krople. I jak tu go nie lubić?
Wyniki badań bardzo dobre, więc dostałam zlecenie na siódmy już zastrzyk Herceptyny. Spytałam doktorka o wynik badania histopatologicznego - czy zadowala go on jako specjalistę. Jest dobry, bo całkowitej odpowiedzi na leczenie trudno się było spodziewać. Lekarz ukontentowany, to i ja również nie będę narzekać.
Każde kolejne spotkanie z chemioterapeutą tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że dokonałam świetnego wyboru. Wynika to chyba jednak z tego, że doktor ma bardzo fajne podejście do pacjenta (szczególnie mam na myśli uważność), a ponadto jest spokojnym, cierpliwym, grzecznym, miłym i kulturalnym człowiekiem.
Pacjentów na korytarzach i na salach mnóstwo - w święta chemii nie było, stąd dzisiejszy tłok i zamieszanie. Nam się jednakże nigdzie nie spieszyło. Poczekaliśmy trochę po iniekcji, odmeldowałam się pielęgniarkom i poszliśmy na autobus, który zawiózł nas do Mamy. Zabraliśmy od niej walizkę i wróciliśmy do kawalerki.
Nie lubię się pakować. Mąż też nie. Tyle, że on tego nie robi. Stoi, patrzy, kiwa potakująco lub kręci przecząco głową kiedy ja pokazuję mu ubrania. Ale cóż... Sofa w pokoju wygląda jakby tornado wyrzuciło na nią większość rzeczy z szafek. Po wstępnym "spakowaniu" Dyrektora Wykonawczego zrobiłam przerwę, gdyż potrzebowałam oddechu i dystansu.
Włączyłam więc laptop, zgrałam zdjęcia, uaktualniłam kalendarium onkologiczne, jestem w trakcie tworzenia tej notki, a dopiero później będę kontynuować penetrację szafek w poszukiwaniu ciuszków dla siebie.
Na szczęście pociąg mamy prawie w samo południe - nie musimy się zatem zrywać o świcie. Damy radę. Jutro o tej porze powinniśmy być we Wrocławiu.
Nie wiem czy będę mieć czas i techniczną możliwość (nie zabieramy laptopa) pisania, więc w razie czego już teraz życzę Wam udanej zabawy sylwestrowej oraz wszystkiego dobrego w Nowym Roku.
Do domu wracamy 1. stycznia bardzo późnym wieczorem, a następnego ranka wstaję wcześnie na rozpoczynającą się rehabilitację. Odezwę się po niej.

