Szaro, buro, ponuro i mokro - chyba tak najlepiej opiszę widok, jaki miałam dziś przed oczami zza kuchennego okna. Na szczęście siedziałam sobie w cieple i nie wyściubiłam z niego nosa. Z ogromną przyjemnością oddawałam się uciechom podniebienia, smakując bogate zapasy świątecznych pyszności.
Pogoda - po raz kolejny - pokrzyżowała nam plany przejażdżki diabelskim młynem. Chcieliśmy odbyć ją we troje, ale cóż - może w pierwszy weekend stycznia się nam uda? Póki co Mama przyjechała do nas, posiedziała trochę i wróciła do siebie.
Mąż poszedł do kina, bo w sumie to jedyny czas, kiedy na spokojnie mógł to zrobić. Jutro jedziemy razem na onkologię (siódmy zastrzyk Herceptyny), a potem trzeba jeszcze zabrać od Rodzicielki walizkę na sobotni wyjazd do Wrocławia. No i przed nami pakowanie.
Jakoś nie dociera do mnie perspektywa tego wyjazdu. Ale wiem, że bardzo jest on nam obojgu potrzebny. Ostatnie miesiące były dla nas trudne - i fizycznie i emocjonalnie. Przyda się nam oderwanie od tego miejsca, zmiana otoczenia i doświadczenie zupełnie nowych rzeczy. Szczególnie że praktycznie cały styczeń i luty znowu spędzę w pracy nad swoim zdrowiem.
