Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

piątek, 3 stycznia 2020

2943. WrocLove

Podróż do Wrocławia (w obie strony) odbyła się o czasie, w miłej atmosferze i w sześcioosobowym przedziale (bardzo nieoczekiwane zaskoczenie jak na drugą klasę). Jedynym minusem był tłum ludzi na korytarzach (dojście do WC było niezłą ekwilibrystyką) - zupełnie jak za czasów PRL-u. Hasło "pociąg objęty jest całkowitą rezerwacją miejsc" okazało się więc jedną wielką ściemą.

Z samego peronu odebrała nas moja licealna koleżanka. Pojechaliśmy do niej do domu, gdzie zjedliśmy pyszną zupę i naleśniki ze szpinakiem, a potem udaliśmy się "w miasto". Znajoma zaprowadziła nas do jednej z bram, gdzie oczom naszym ukazały się zgromadzone tam stare neony.


Nie odpuściliśmy oczywiście Jarmarku Bożonarodzeniowego, gdzie naprawdę było na co patrzeć, czego posłuchać, pojeść i popić. Odbyliśmy nawet przejażdżkę karuzelą.



Mijaliśmy po drodze mnóstwo świątecznych dekoracji, które robiły niesamowite wrażenie. Mnie szczególnie spodobał się świetlny tunel.


Zmarznięci, wstąpiliśmy na rozgrzewającą herbatkę. W knajpce siedzieliśmy na łańcuchowych krzesełkach - czułam się tam jak mała dziewczynka na huśtawce. W drodze powrotnej obejrzeliśmy wystawy sklepików artystów i spotkaliśmy pierwszego z mnóstwa innych wrocławskich krasnoludków.


Niedziela była dniem zwiedzania Afrykarium i namiastki zoo (lodowata aura skutecznie uniemożliwiła nam obejrzenie reszty). Nawet ściany i podłogi w toaletach były klimatyczne.


Zachwyciła mnie gracja, z jaką poruszała się uwieczniona na zdjęciu żyrafa - modelki na wybiegu śmiało mogłyby się od niej uczyć.


Samo Afrykarium odrobinę mnie rozczarowało. Może dlatego, że było o wiele zbyt tłoczno, głośno i duszno jak dla mnie, a może też dlatego, że spodziewałam się bardziej przejrzystej wody?

Moim ulubionym miejscem - bez wątpienia - jest dżungla Kotliny Kongo.  Fotki - niestety - nie oddały jej uroku. Po raz pierwszy w życiu widziałam manaty - akurat trafiliśmy na porę ich karmienia, a także pingwiny pływające pod wodą.







Po dość długim zwiedzaniu zgłodnieliśmy, więc zaprosiliśmy koleżankę na obiad do knajpki, którą nam poleciła. Kopytka na wiele sposobów, podawane w dość oryginalny sposób.


Po obfitym posiłku ruszyliśmy na Ostrów Tumski. Idealnie wstrzeliliśmy się z czasem, gdyż najpiękniej wygląda on właśnie po zmroku.



W drodze powrotnej wstąpiliśmy na chwilę do cukierni po coś słodkiego na wieczór. Konsumpcji dokonaliśmy po niedzielnej mszy, na którą wybraliśmy się do parafii znajomej.


W poniedziałek zostaliśmy sami w domu, więc po leniwym poranku autobusem dojechaliśmy do centrum, a potem przesiedliśmy się na tramwaj, który zawiózł nas w pobliże Sky Tower - galerii handlowej oraz punktu widokowego. Nie udało się nam dostać biletów na ten sam dzień, ale kupiliśmy je na Sylwestra.


Wróciliśmy do centrum, żeby spróbować poleconych nam przez koleżankę burgerów. Wzięliśmy tylko jednego, bo wiedzieliśmy, że czeka nas jeszcze popołudniowa uczta w towarzystwie znajomej.


Przespacerowaliśmy się na Rynek, gdzie tym razem mogliśmy zobaczyć jak wygląda on za dnia. Mąż oczywiście nie odmówił sobie przyjemności degustowania gofra bąbelkowego z bitą śmietaną.

Co rusz natrafialiśmy na kolejne krasnoludki. Skusiliśmy się również na poncz z likierem pomarańczowym serwowany w specjalnym buciku. Co rok ma on inny kolor. Niestety zabrakło już tych z 2019., więc zdecydowaliśmy się na ten z 2018.







Największą porażką i żenadą było dla nas odkrycie, którego dokonaliśmy w ponoć ekskluzywnej galerii Renoma. Jedyne toalety znajdowały się na poziomie +3. Nigdy w życiu nigdzie z czymś takim się nie spotkałam.

Na obiad zaprosiliśmy koleżankę tym razem do rekomendowanej przez nią pizzerii. Mój wzrok od razu padł na numer 14 - tak egzotycznej (i jak się okazało potem) przepysznej pizzy dawno nie jadłam. Do tego lemoniada - o smaku róży z cytryną.



Znajoma chciała nam jeszcze pokazać słynne świetlne fontanny, ale akurat tego dnia nie działały - nie wiadomo dlaczego. Za to z okna jej samochodu podziwiałam inne dekoracje. Po powrocie do mieszkania oczywiście nie obeszło się bez małego co nieco. Razem obejrzeliśmy 'Green Book' i poszliśmy spać.


We wtorek, czyli w Sylwestra, znowu zostaliśmy sami w domu - koleżanka była w pracy. Transportem kombinowanym, czyli autobus plus dwa tramwaje podjechaliśmy pod Sky Tower. Na wprost wejścia na taras widokowy mieści się Dolnośląskie Centrum Onkologii - ot, taka "rakowa" obserwacja.

Windą wjechaliśmy na 49. piętro, a tam oczom naszym ukazała się panorama miasta. Skorzystaliśmy z możliwości odpłatnego zrobienia sobie dziennego oraz nocnego zdjęcia na jej tle - dzięki temu teraz mamy bardzo fajną pamiątkę do albumu.





Po wrażeniach wzrokowych, nadszedł i czas na smakowe - ogromne cappuccino i ciacho to jest to, co łakomczuchy takie jak my, lubią najbardziej.


Za namową koleżanki zwiedziliśmy również wyremontowany i pomalowany na żółto dworzec. Kilkanaście lat temu, kiedy byliśmy tam z jeszcze nie Mężem, miał on kolor biały.



Razem ze znajomą wróciliśmy do jej mieszkania (po drodze odbierając sylwestrowy zestaw sushi) i rozpoczęliśmy kulinarne przygotowania do uczty. Obejrzeliśmy dwa filmy - "Plan B" oraz "Mój rower", po czym z tarasu obserwowaliśmy pokaz noworocznych fajerwerków.

W Nowy Rok, po śniadaniu, poszliśmy do kościoła, a przed wyjazdem zostaliśmy uraczeni iście królewskim obiadem i obdarowani piernikami.


Do domu przywieźliśmy także pamiątkowy bucik z jarmarku oraz zakupiony przeze mnie dzwoneczek z krasnoludkiem Wroclavkiem.