Nie chciałam wrzucać wszystkiego do przysłowiowego jednego worka, więc stąd następna powrocławska notka.
"Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej" - ta maksyma idealnie wpasowuje się w podsumowanie naszego wyjazdu. Najbardziej stęskniłam się za Maluchem - jego śpiewem, ćwierkaniem, lataniem. Mama codziennie do niego przyjeżdżała i spędzała z nim ponad dwie godziny, ale przecież to nie to samo.
Wrocław jest pięknym miastem, pełnym urokliwych zakątków, mnóstwa knajp i knajpek, ale jak dla nas obojga jest zdecydowanie za głośny. Zbyt dużo w nim ludzi (mieszkańców i turystów), na ulicach panuje zbyt duży hałas, za dużo czasu zabiera dostanie się z jednego miejsca w drugie - czy to samochodem (korki), czy to autobusem i tramwajem (tłok), czy to na piechotę (za daleko).
Z ulgą wysiedliśmy na dworcu na naszej (w stosunku do Wrocławia) prowincji. Tu jest zdecydowanie ciszej, mniej ludzi, bliżej i wolniej. Mieszkać na stałe wolę tutaj, ale odwiedzać na krócej lub dłużej mogę każde miejsce.
Jeśli chodzi o pobyt u mojej licealnej koleżanki - wszystko było super do sylwestrowej nocy, kiedy to okazało się, że nadmiar wypitego alkoholu ukazał jej drugą twarz, której wolelibyśmy nie widzieć. Niby nic takiego się nie stało, ale pozostał w nas pewien niesmak. Mąż powiedział nawet, że nie chce mnie narażać na takie widoki i na przyszłość woli Sylwestra spędzać ze mną w domu.
Absolutnie nie żałuję tamtego wyjazdu, bo odpoczęłam maksymalnie, zdystansowałam się i zostawiłam problemy oraz sprawy do załatwienia, zapomniałam o chorobie i leczeniu, zrelaksowałam się, doświadczyłam mnóstwa nowych rzeczy i wróciłam pełna wrażeń, przemyśleń i wniosków.
W trakcie naszego pobytu we Wrocławiu, który na żywo relacjonowaliśmy na klasowej grupie na Messenger, wykluło się sobotnie spotkanie w pubie, więc wygląda na to, że jutro imprezujemy w większym towarzystwie.
Przywieźliśmy ze sobą walizkę brudnych ubrań. Jeszcze tego samego noworocznego późnego wieczoru wstawiłam i rozwiesiłam pierwsze pranie. Wczoraj kolejne. Dzisiaj podobnie. Ciuchy grubsze i więcej ich, zatem przekłada się to na ilość wsadów.
Ogarnęłam wreszcie rachunki - nasze i Mamy, zrobiłam przelewy, doładowałam telefony. Dyrektor Wykonawczy odkurzył mieszkanie, bo przed wyjazdem nie było na to czasu.
Od wczoraj chodzę na rehabilitację, ale o niej napiszę oddzielnie, gdyż to zupełnie inna bajka.
