Pierwsza Wigilia w nowej pracy - każdy przyniósł co chciał - bez spinania się, bez przesady, bez marnowania jedzenia. Był opłatek i życzenia świąteczne - bez całusów i bez przytulania - wiadomo czemu. Miła, wręcz rodzinna atmosfera.
Cudownie jest być częścią takiego zespołu, którego członkowie przywrócili mi wiarę w ludzi - że tak właśnie można się zachowywać wobec siebie - chcąc nie chcąc porównania z poprzednim miejscem zatrudnienia nasuwają się same.
Potem, po zalogowaniu się do systemu, kliknęłam w zlecenie wykonanej wczoraj scyntygrafii kości. Ku swojemu ogromnemu zdziwieniu zobaczyłam, że jest ona opisana. Wreszcie dowiedziałam się dlaczego boli mnie kręgosłup, kolana i stopy. Ale za to ostatnie zdanie jest najpiękniejszym prezentem pod choinkę.
Później telefon z kadr i pytanie dlaczego jeszcze nie złożyłam podania o przedłużenie umowy. Bladego pojęcia nie miałam, że tak trzeba. Czym prędzej napisałam i wydrukowałam odpowiednie pismo. Zaniosłam je do sekretariatu na oddział, gdzie czekało na przyjście szefa. Jedno słowo "popieram", pieczątka i podpis umożliwiły mi złożenie podania w sekretariacie dyrektora. Od niego zależy moje dalsze zatrudnienie. Ale ptaszki ćwierkają, że to tylko formalność, gdyż bezpośredni przełożony powiedział mi kilka dni temu, że wszyscy mnie chwalą.
Fajna praca, fajni ludzie, fajna atmosfera, brak przerzutów do kości i perspektywa nowej umowy. Czy trzeba czegoś więcej?

