Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

piątek, 16 sierpnia 2019

2810. Druga biała

Tym razem poszliśmy na rekord. No prawie, bo i tak swoje trzeba było odsiedzieć. Ale wyszliśmy o wiele wcześniej niż ostatnio. Bo i czekania było mniej.

O 7:15 zgłosiłam swoją obecność u chemika. Do gabinetu weszłam kilka minut później. Wyniki badań bardzo dobre (niektóre parametry nawet lepsze niż przed pierwszą czerwoną), więc zlecenie na podanie wlewów dostałam. Doktor mnie osłuchał na wieść, że przez ostatnie dni kłuło mnie gdzieś pośrodku klatki piersiowej, ale wszystko jest w porządku.

Ze zleceniem udałam się do pokoiku, w którym miła pani dała mi druki upoważnienia i zgody. Podpisałam, upoważniłam, a papiery włożyłam do przezroczystej szuflady na konsoli pielęgniarek. Zameldowałam im, że idę na intensywną terapię, gdzie czeka na mnie doktorek od portu.

Jak mnie zobaczył, to się zdziwił, bo mu się dni pomieszały i myślał, że dziś poniedziałek, a przecież miałam przyjść w piątek. Szybko i sprawnie wbił igłę do portu, przepłukał go solą fizjologiczną i po wszystkim. 

Spytałam go przy okazji (bo nieprędko zdarzy się kolejna) kiedy będę mogła skoczyć w tandemie ze spadochronem - tak, jak myślałam - dopiero wtedy, gdy wyjmą mi port, gdyż nacisk uprzęży oraz mocne szarpnięcie przy rozwijaniu spadochronu mogłyby spowodować poważne komplikacje. A jak doktorek powiedział: "ja bym nie ryzykował", to już wiem, że trzeba poczekać.

Pielęgniarki na chemioterapii były zadowolone, bo lekarz wykonał za nie "brudną" robotę. Zmierzyły mi ciśnienie i zaprosiły na fotel. W związku z powyższym pierwszy wlew dostałam już o 8:15. Wszystkie zeszły do 11:15 i mogliśmy wracać do domu.



Jako że po raz pierwszy nie musiałam kupować żadnych leków (dwa zastrzyki jeszcze mam), a i nie chciało mi się jechać taksówką, zaproponowałam spacer - taki na sześć tysięcy kroków. Najpierw na włoskiego loda, a potem na naleśniki ze szpinakiem i kompot. Po drodze wdepnęliśmy po malutkie biedronkowe  - nomen omen - chemiczne zakupy i dopiero później autobusem dotarliśmy do kawalerki.