Na najbliższy poniedziałek umówiłam się na prywatną wizytę do prowadzącego mnie chirurga onkologa. To jedyny sposób, żeby na spokojnie (i wyczerpująco) z nim porozmawiać, dopytać, rozwiać wątpliwości i dać mu do wypełnienia wniosek o przyznanie świadczenia rehabilitacyjnego. W gabinecie na onkologii nie mam na to nawet najmniejszych szans przy kilkudziesięciu pacjentkach przypadających na kilka godzin przyjęć.
Wczoraj zebrałam się w sobie, nie mając absolutnie żadnej presji czasowej, usiadłam i napisałam pierwszą część artykułu, którą od razu przesłałam mailem do pani redaktor. Tekst został przez nią przyjęty bez jakichkolwiek uwag i zastrzeżeń, co mnie niezmiernie cieszy i stanowi motywację do przelania na papier kolejnych dwóch części, ale najpierw potrzebuję zebrać materiał, czyli dokończyć chemię oraz poddać się operacji i radioterapii.
Dzisiaj byłam na onkologii na zwyczajowym pobraniu krwi przed jutrzejszym wlewem. Zajrzałam też do Czarodzieja, gdzie załapałam się na relaksację przy dźwiękach śpiewających ptaków, szumu wiatraka oraz spokojnego głosu Maestro. Odebrałam również kolejne kserokopie dokumentacji medycznej, która mnoży się w zastraszającym tempie - aż teczka puchnie.
A z rzeczy całkowicie niezwiązanych z chorobą - za tydzień, w sobotę, nasza licealna klasa organizuje rajd pieszy zakończony ogniskiem na działce u jednego z kolegów. Już się nie mogę doczekać i przebieram z niecierpliwością nogami.
Tymczasem przede mną piątkowa czwarta chemia i drugi zastrzyk z Herceptyny poprzedzone EKG oraz wizytą u nowego chemioterapeuty. W związku z powyższym nastawiam się na dłuższą posiadówkę.
