Pobudka po piątej rano. Przed siódmą byliśmy z Mężem na onkologii. Najpierw poszłam na EKG przed podaniem Herceptyny. Jako pacjent chemiczny byłam znowu pierwsza.
Zastrzyk i chemię zamiast na pierwszym piętrze, miałam na parterze. Większość lekarzy na urlopie albo na konferencji onkologicznej, więc "na straży" zostawili po jednym chemiku i tu i tam. Pacjentów niewielu - chyba nigdy nie było ich tak mało jak dziś.
Najpierw drugi zastrzyk z Herceptyny - dla odmiany - w prawe udo. Potem sprawne wkłucie igły w port i przepłukanie go solą fizjologiczną. Dopiero wtedy mogłam pójść na salę.
Tym razem wylądowałam na łóżku, bo fotel - niestety - był dla mnie za krótki, a bardzo niewygodnie siedzi się trzy godziny ze spuszczonymi nogami. O wiele lepiej jest je mieć na wysokości ciała. Nie wiem kiedy czas wlewów minął - zapewne to zasługa dwóch miłych kobiet na sali, z którymi sporo przegadałam.
O 12:30 przyjechała po mnie onko siostra i pojechałyśmy do Lidla, a później odwiozła mnie prawie pod sam blok.
I tak sobie siedzę sama w domu. Na "dzień dobry" wstawiłam pranie, wcześniej zdjęłam z suszarki wczorajsze. Jem, piję, a odpoczywam buszując w sieci. Chce mi się spać, ale nie po chemii, a z niedospania do swojej normalnej godziny.
W sumie mogę powiedzieć, że jestem w połowie chemioterapii. Po czterech czerwonych i czterech białych zostało mi jeszcze osiem tych ostatnich. Nie licząc oczywiście Herceptyny, bo z nią mam jeszcze szesnaście "randek", więc znajomość zakończymy na przełomie sierpnia/września 2020 roku.
