Przeglądałam właśnie gazetkę jednej z kosmetycznych sieciówek. Dość duże promocje obiecują w czerwcu, więc może się skuszę na wypróbowanie czegoś nowego. Czasem bowiem tak mam, że kupuję coś, czego jeszcze nie używałam. Jest jednak kilka warunków - głównie cena, bo raz, że nie stać mnie na to, co jest z wyższej, a czasem nawet średniej półki; dwa, że opakowanie musi wpaść mi w oko; trzy, że zawartość nie może być zbyt kolorowa (chodzi o kosmetyki myjąco-pielęgnacyjne, bo logiczne, że tusz do rzęs, czy fluid, o pomadce nie wspominając, kolor obowiązkowo muszą posiadać).
Generalnie wybieram polskie produkty, bo - sprawdzając skład - zauważam, że mają o wiele mniej chemii, niż zagraniczne, których jednakże absolutnie nie wykluczam i nie przekreślam, dając wszystkim szansę. Dowód na wyższość rodzimej kosmetyki nad obcą (przynajmniej w kwestii kremu do twarzy) już opisuję.
Sąsiadka ma na półce w łazience specyfiki takich firm, na które nawet nie spoglądam, bo kosztują furmankę pieniędzy i są dostępne jedynie w ekskluzywnych drogeriach. Żeby jeszcze ich działanie było proporcjonalne do ilości wydanych pieniędzy... Ale o tym wspomnę za chwilę.
Jakiś czas temu, zadzwoniłam do drzwi jej mieszkania. Otworzyła, a moim oczom ukazała się zaczerwieniona, spierzchnięta twarz, z której schodziła skóra. Na moje pytanie: "co się stało?" usłyszałam, że właśnie taka reakcja nastąpiła na skutek tych "fantastycznych" zagranicznych i markowych kremów do twarzy.
Długo się nie zastanawiałam. Nie zdradzając się ze swoimi zamiarami, pożegnałam się mówiąc, że muszę coś jeszcze załatwić i że wrócę za jakieś pół godziny. Jak obiecałam, tak zrobiłam. W międzyczasie poszłam do osiedlowej drogerii, gdzie kupiłam najzwyklejszy krem do twarzy dla cery bardzo suchej (taką właśnie ma Sąsiadka) starej i sprawdzonej polskiej firmy za niecałe PIĘĆ złotych. Fakt, że w plastikowym pudełeczku, które nawet nie dorównuje wyglądem tym zachodnim. Zostawiłam go w rękach właścicielki zaognionej twarzy i zapomniałam o całym zdarzeniu. Za kilka dni na własne oczy zobaczyłam działanie zawartości przyniesionego przeze mnie słoiczka. Po problemach z cerą ani śladu.
Do dziś już któryś z kolei krem z tej samej serii stoi na półce w łazience Sąsiadki, a jej samej zostało sporo pieniędzy, które może przeznaczyć na wszystko inne, ale na pewno nie na "markowe" kosmetyki, które zamiast pożytku, przyniosły znacznie więcej szkód.