Obawiam się, że przez najbliższy czas mogę mieć problem z monotematycznością postów, ale się postaram, żeby tak do końca jednak nie było. Nie można równocześnie oglądać meczu i pisać. Szkoda wielka. Gdyby tak się dało głosem publikować posty, byłoby cudownie, chociaż obawiam się, że niecenzuralnie w niektórych momentach.
Gry Polaków z Grekami nie widziałam na żywo, chociaż Mąż się postarał i przeszukał sieć, znajdując link do transmisji w necie. Chwała mu za to, bo jak już wiecie, kibic z niego żaden - nad czym ubolewam i jeszcze się chwilę "popastwię" - na sam koniec wpisu. Sprawy przyziemne wygoniły mnie z domu w trakcie pierwszej połowy, ale prawie na bieżąco wiedziałam co się dzieje na boisku.
Musieliśmy przełożyć sobotnie zakupy w markecie na wczorajszy wieczór z powodu ślubu, na który się dzisiaj wybieramy (znowu ucierpi na tym przynajmniej pierwsza połowa meczu Holendrów z Duńczykami). Pierwsze co zrobiłam jak dostaliśmy się na teren sklepu, to zlokalizowałam panów z sieci komórkowej, którzy na laptopie oglądali transmisję i co trochę do nich zaglądałam, pytając o wynik. Blondynka zainteresowana żywo futbolem budziła ich zdziwienie. Przyzwyczaiłam się.
Potem okazało się, że na terenie galerii, w której byliśmy jest telewizor, a że akurat kończyła się już druga połowa, staliśmy z koszykiem przed ekranem. Ja oczywiście wpatrzona jak sroka w gnat. Był remis.
Mąż dobił mnie pytaniem czy teraz będzie dogrywka i rzuty karne. W domu, kiedy oglądałam spotkanie Rosjan z Czechami nawet nie wiedział kiedy jest spalony i co to takiego. A dzisiaj rano, jak oglądałam powtórkę Polaków z Grekami, poraził mnie kolejnymi pytaniami: "co to za C przy nazwisku zawodnika?" i "czemu inny gracz musiał zejść z boiska, kiedy wchodził na nie Tytoń?" Żeby baba facetowi musiała tłumaczyć takie rzeczy. Ech, tak to jest jak się własny Mąż nie zna na piłce.