Temat na ten post powraca do mnie jak bumerang. Pamiętam, potem zapominam - aż do następnego razu. I tak w kółko.
Poruszam się po mieście autobusami. Wiadomo, że podróżują nimi różni ludzie. Obserwuję scenki rodzajowe wszelakiej maści. Najbardziej jednak moją uwagę zwraca zachowanie nastolatków.
Jadę z Mężem, obok nas para - dziewczyna stoi przy miejscu, na którym siedzi jej chłopak. Usiłuje mu coś wyjaśniać, ale tamten jest na nią obrażony. W uszach ma słuchawki. Oczy zamknięte. Ona go przeprasza, ale on dalej jest nieugięty. Do tego wszystkiego jeszcze przeklina na głos. Przykro mi się patrzyło na te jej próby udobruchania małego księcia. Podczas gdy ona stała z wypchaną reklamówką w rękach, on siedział w najlepsze.
Wczoraj znowu jadę z Mężem. Za nami kolejna para. On nietrzeźwy, z puszką otwartego piwa w ręce. Co drugie słowo, jakie słyszę z jego ust, jest niecenzuralne. Ona nie pozostaje mu dłużna. Litania przecinków w postaci "k.....", "ch..", "s........." Pomiędzy agresywnymi przerywnikami niewiele treści. Na szczęście niebawem oboje wysiedli, bo już miałam zwrócić im uwagę, ale czy coś by to zmieniło?
Przeraża mnie zachowanie takich osób. Przeraża mnie rzucanie mięsem bez żadnego zażenowania w miejscach publicznych. Przeraża mnie wulgarność, chamstwo i prostactwo. Jakie pokolenie nam rośnie? Aż strach myśleć.
Był kiedyś taki film "Miłość w rytmie rap". Czy teraz jest era miłości w rytmie wulgaryzmów? O ile w ogóle ma to cokolwiek wspólnego z miłością, bo szczerze śmiem wątpić.