O tym, że jestem łakomczuchem, pisałam niejednokrotnie. Jak zjem albo wypiję coś dobrego, na długo pozostaje mi w pamięci co i gdzie to było. Mapę bym mogła sporządzić z takich kulinarnych miejsc.
Żurek z kiełbasą jedzony pod ziemią w kopalni soli w Wieliczce, a potem podobny, tyle że z białą kiełbasą pod kopcem Kościuszki. Pizza w takiej małej pizzerii w pobliżu Rynku w Krakowie. Kaczka w niepozornym lokaliku we Wrzeszczu. Albo karkówka z surówkami w barze, czy polędwiczki i sałatki w bistro w Gdańsku. Fantastyczne naleśniki w nieistniejącej już naleśnikarni niedaleko mieszkania Autostopowicza. Lub te w Gdyni - w małej knajpce, którą nam polecił. O rybie już nie wspomnę, bo obowiązkowo trzeba jej skosztować.
Ostatnio Mąż kupił pierogi z serem i truskawkami. Matka dała mi do nich trochę śmietanki i nie mogłam przestać się nimi zachwycać. Niebo w gębie - jak mawiają. Szpinak jest kolejną moją miłością. Mogłabym go jeść pod każdą postacią - w naleśnikach, krokietach, pierogach - pycha! A wczoraj jedliśmy po raz pierwszy pierogi z bobem i boczkiem - co za poezja!
Lubię odkrywać nowe smaki. Ależ to przyjemne jest.