Jak zapewne pamiętacie, mieszkamy w blokowisku. W sobotę po południu szykowałam dla nas ubrania na ślub koleżanki, aż tu nagle słyszymy z Mężem akordeon. Pomyśleliśmy, że to jakiś Rom znowu gra pod oknami, a dzieciak zbiera pieniądze, które ktoś mu rzuci. Potem muzyka umilkła, by za jakiś czas stać się jeszcze głośniejsza.
Podeszłam do okna, a tam obrazek przedślubny. Z sąsiedniego bloku wyprowadzali pannę młodą. Z wielką pompą i orkiestrą. Najpierw samochód z kogutem na dachu, drugi z nowożeńcami, bus z gośćmi, no i oczywiście auto fotografa i kamerzysty. Stąd ten hałas, bo i klaksony poszły w ruch.
Kilku młodych imprezowiczów, nie stroniących bynajmniej od alkoholu (łagodnie rzecz nazywając) zastawiło przyszłym małżonkom drogę samochodem jednego z nich, tworząc klasyczną bramkę.
No i się zaczęło. Targowanie, stawianie na prowizoryczny stolik wódki oraz jej degustacja. Padał deszcz, a panowie sobie mokli w najlepsze. Garnitury nasiąkały wodą, a czas naglił. Chyba wszyscy mieli już dosyć, ale nikt nie potrafił wybrnąć z tej patowej sytuacji.
Nagle z busa wyszła starsza kobieta z parasolem w ręce i jak nie zacznie krzyczeć na całe to męskie zgromadzenie. Apodyktycznym tonem zagoniła swoich panów do samochodów, a chłopakom od bramki kazała odblokować przejazd. Towarzystwo w ciągu minuty wykonało jej polecenia i zaraz potem cały ślubny orszak odjechał na sygnale prosto do kościoła.