Jak do tej pory tylko raz miałam okazję na własne oczy poobserwować zachowanie polskich kibiców po skończonym meczu. Kilkanaście minut wystarczyło mi w zupełności, żeby wiedzieć, iż przebywanie w strefie kibica, a także poza nią, nie jest tym, co bym polubiła.
Tuż po zakończeniu inauguracyjnego meczu naszej drużyny z Grekami wracaliśmy z Mężem z marketu. Traf chciał, że akurat w jego pobliżu miłośnicy futbolu mogli razem oglądać piłkarski pojedynek. Czekaliśmy na przystanku na autobus i patrzyliśmy sobie co alkohol robi z ludźmi, albo jak ludzie nie potrafią korzystać z procentów.
Zataczający się, bełkotliwi panowie z otwartymi puszkami z piwem oraz butelkami z wódką, nie bacząc, że są na skrzyżowaniu i że świeci się czerwone światło, przechodzili przez jezdnię gdzie popadnie, byle nie na pasach. A obok nich spokojnie przechodził sobie dwuosobowy patrol policji. Zero jakiejkolwiek reakcji ze strony rzekomych stróżów prawa.
Wsiedliśmy do autobusu i nie ujechaliśmy zbyt daleko, kiedy na chodniku zobaczyliśmy kilkuosobową grupę nietrzeźwych mężczyzn. Dwóch z nich ledwo stało na nogach, ale jeszcze dawali radę się bić. W końcu jeden upadł na trawę. A obok nich spokojnie przejeżdżał samochód straży miejskiej. Nawet się nie zatrzymał, tylko pojechał dalej.
Dzisiaj matka, na wieść o naszym wyjeździe do Krakowa, udzieliła mi "dobrych" rad: "uważajcie na złodziei - szczególnie na ulicach, czy w sklepach", "pełno kiboli się tam zjechało, chodzą i biją kogo popadnie". Wiem nawet skąd ona czerpie takie informacje. Jest taka jedna szmatława gazeta, której nazwy nie wymienię, a którą moi rodzice namiętnie kupują i czytują każdego dnia.