Syndrom wyjazdowy, PMS, upał oraz Mąż to cztery połączone czynniki wywołujące u mnie zachowania wrednej jędzy, zołzy, choleryczki, krzykaczki i złośnicy.
Nie chcielibyście mnie widzieć, ani słyszeć w piątek rano. Ja siebie też nie mogę zdzierżyć w takim stanie, ale w przeciwieństwie do wszystkich, którzy mogą ode mnie uciec, ja tego zrobić nie dam rady.
Popędzałam Dyrektora Wykonawczego, bo chciałam spakować jego kosmetyki i klapki, a on miał mnie już serdecznie dość. O mały włos i pojechałabym sama. Zażegnaliśmy jednak nadciągającą burzę i dotarliśmy cali i zdrowi (przynajmniej fizycznie, bo psychicznie niekoniecznie) na dworzec PKP.
Mąż jeszcze w przeddzień próbował oponować w kwestii swojego ubrania (zachciało mu się jechać w koszuli z krótkim rękawem), ale stojąc na peronie i trzęsąc się z zimna w bluzie, którą mu przygotowałam, musiał przyznać mi rację, że trzeba słuchać rad własnej żony.