Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

poniedziałek, 18 czerwca 2012

467. Intensywne trzy dni

Siedzę skulona na ławce na peronie. Brzuch boli mnie tak mocno, że nie jestem w stanie skupić się na czymkolwiek innym. Jak tylko wsiadamy z Mężem do pociągu ból mija jak ręką odjął. Znaczy, że stres ze mnie zszedł.

Mamy cały przedział tylko i wyłącznie do swojej dyspozycji aż do samego Krakowa. Nie byłabym jednak sobą, gdybym czegoś nie zmalowała. Poszłam do toalety i nie mogłam trafić na właściwe miejsce - dobrze, że konduktor i Mąż czuwali nade mną i pokazali drogę.

Podróż minęła jak z bicza strzelił. Zresztą po trzynastu godzinach spędzonych w drodze do Gdańska we wrześniu chyba każda inna odległość jest już pestką w porównaniu do tamtej mordęgi. Nawet nie wiedzieliśmy kiedy, a już trzeba było wysiadać.

Przeszliśmy sobie pod ziemią do Galerii Krakowskiej, żeby kupić ulubiony napój procentowy dla mojej znajomej. Ledwo Mąż mnie spuścił z oczu, zaczęłam rozmowę ze stojącym przede mną w kolejce do kasy młodym człowiekiem o kuli, który w ręce trzymał dokładnie ten sam trunek, co ja. Bardzo miło się nam gawędziło, ale cóż - komu w drogę, temu czas.

Ledwo wyszliśmy na zewnątrz, uderzyła w nas fala upału. Musieliśmy szybko ściągać kurtki. Ja wiedziałam, że tak będzie, bo gdziekolwiek jedziemy, zawsze przywozimy ze sobą bardzo słoneczną pogodę. Ci, co nas znają, wiedzą o tym dobrze. Ci, co nas dopiero poznali, mam nadzieję, że uwierzyli.

Obowiązkowy spacer na Rynek, bo uparłam się na wysłuchanie hejnału w samo południe. Siedliśmy sobie przy fontannie i bez przerwy byliśmy nagabywani przez łowców chętnych do zwiedzania miasta meleksem. Mąż się śmiał, że wyglądam jak Szwedka, bo wszyscy zagadywali do mnie po angielsku.

Potem poszliśmy w nasze ulubione miejsce, gdzie zwykle jemy obiad. Zaczęliśmy jednak od cappuccino i koktajlu jeżynowego. Czekaliśmy tam na naszego gościa, którego mieliśmy dopiero poznać twarzą w twarz. Już we trójkę zjedliśmy obiad i niestety - musieliśmy się żegnać, bo czas nas gonił.

Przecięliśmy Rynek, szukając kiboli, którymi straszyła nas matka, ale słyszeliśmy jedynie Anglików z gołymi torsami, którzy siedzieli w jednym z ogródków, pijąc piwo i śpiewając piosenki. Chwila oddechu na ławce na Plantach, a potem kolejna moja wtopa przy biletomacie, który nie chciał przyjąć ode mnie pieniędzy. Dobrze, że Mąż ma anielską cierpliwość, więc w końcu staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami biletów MPK. Podróż tramwajem to coś, co lubię bardzo, więc cieszyłam się jak dziecko. Przejechaliśmy nawet obok siedziby Onetu, przed którą stało kilkoro palaczy.

Późnym popołudniem dotarliśmy nareszcie do celu naszej podróży, czyli do domu znajomych, gdzie zostaliśmy przywitani pysznymi krokietami z pieczarkami i najlepszym sernikiem, jakie kiedykolwiek jadłam. Rozmowy, rozmowy, rozmowy - na tym upływał czas w piątkowy wieczór. No i mecze, ale o nich w oddzielnym poście.

Sobota powitała nas upałem tak wielkim, że nawet nie musiałam korzystać z suszarki, bo słońce je wysuszyło w mgnieniu oka w trakcie południowego spaceru polnymi dróżkami. Dawno nie byłam na wsi, więc czułam się tam trochę dziwnie - bo spokój, bo cisza, bo śpiew ptaków, bo pianie koguta. Gorąco mnie wykończyło, bo ległam jak kłoda na wersalce i trochę zajęło mi dojście do siebie.

Pobujałam się na huśtawce, poleżałam na leżaku pod czereśnią, z której spadały na mnie mszyce, a Mąż miał sporo roboty z wyciąganiem ich zwłok z moich włosów. Na T-shircie było ich jeszcze więcej. Na dworze było tak gorąco, że uciekliśmy do domu. Nasza znajoma spontanicznie wpadła na genialny pomysł wycieczki do Ojcowa. I to był strzał w dziesiątkę. Na terenie samego parku było niewielu turystów, gdyż niebawem miał się zacząć mecz naszej reprezentacji. Ani ja, ani Mąż, nigdy nie byliśmy w Ojcowie, więc była to dla nas niesamowita niespodzianka i ogromna radość.

Poszliśmy spać wielce rozczarowani przegraną polskiej drużyny, a w niedzielny poranek obudziło nas pianie koguta i kolejny dzień upału. Ostatnie wspólne śniadanie, kawa i sernik, a także koktajl truskawkowy i musieliśmy się żegnać z naszymi kochanymi gospodarzami.

Powrót do Krakowa, czyli kolejna okazja do podróży tramwajem, znowu siedziba Onetu mijana po drodze, kupno biletów na pociąg powrotny, obiad w naszym ulubionym miejscu, msza w kościele i szybko na dworzec.

Trzy dni minęły tak szybko. Tyle wrażeń, tyle miejsc, tyle osób, tyle emocji - pewnie jeszcze nie raz do nich wrócę. Tymczasem zostawiam Was z tamtymi chwilami uchwyconymi w kadrze...     


Moje pierwsze zdjęcie z Krakowa, czyli co ukazało się oczom Karioki w galerii handlowej

Krakowski gołąb nie zdołał oprzeć się urokowi Męża oraz smakowi lokalnego obwarzanka 

Jak się dobrze przypatrzycie, zobaczycie i trąbkę

Kibice mojej ukochanej Irlandii podziwiali piękno Krakowa

Sukiennice stoją i mają się całkiem dobrze

Pyszny koktajl jeżynowy - czyli mój pierwszy raz

Cappuccino dobre na obudzenie

Nasz wieszcz został uhonorowany przez Anglików specjalnym orderem

Lew może spać spokojnie, bo nad porządkiem w mieście czuwa Straż Miejska

Krakowskie obwarzanki cieszą się powodzeniem wśród przybyszów z innej epoki

Narodowe barwy nawet na wystawie sklepu zielarskiego

Z okna tramwaju, czyli Onet z oddali

A tu w całej okazałości

Jak Karioka zobaczyła koparkę, to i zdjęcie w niej musiała mieć

Południowy spacer wśród pól w sobotni dzień

I jak tu nie kochać polskiej wsi?

Klasyka gatunku, czyli czego mieszczuch nie zobaczy u siebie

Tu mnie jeszcze nie było

Ruiny zamku w Ojcowie

Mieliśmy iść kładką, ale musieliśmy naokoło, bo remont

Tam się wdrapaliśmy w pocie czoła

Z punktu widokowego - warto było się tam wspiąć

Zmierzamy w kierunku Bramy Krakowskiej

Po drodze mijamy strumyk

Brama Krakowska

Źródełko Miłości, w którym zakochani, narzeczeni i małżonkowie powinni wymoczyć stopy, żeby ich uczucie trwało

No to moczymy i my

W drodze powrotnej

W takim domu mogłabym zamieszkać od razu

Żegnamy się z ruinami, żeby zdążyć na mecz

Ulubiony chłodnik Męża

Ja wolę naleśniki z owocami i jogurtem

Bańkomat

Do widzenia, Krakowie