Pobudka prawie bladym świtem, choć i tak z wrażenia obudziłam się kilkanaście minut przed dzwonkiem budzika. Mąż robił kanapki na drogę i herbatę w termos, a ja pakowałam resztę rzeczy do walizki. Potem bardzo miły taksówkarz zawiózł nas na dworzec.
Dwuwagonowy (!) pociąg czekał już na peronie. Czysty, schludny i ciepły w środku. Odjeżdżając pomachaliśmy jeszcze na pożegnanie pani dróżniczce, która - nieco speszona - nie odwzajemniła naszego gestu. Dwa razy różne ekipy konduktorskie sprawdzały nam bilety. Sami w przedziale ostatniego wagonu dojechaliśmy do Warszawy Wschodniej.
Tam to dopiero jest wygwizdów. Wiało aż hej - dobrze, że byliśmy ubrani na cebulkę, bo prawie godzinne oczekiwania na kolejny pociąg (opóźniony o dziesięć minut) i tak nieźle dało się nam we znaki. Przy okazji zauważyliśmy jaki przykład dał konduktor na służbie - centralnie pod znakiem zakazu palenia stał i kopcił. Nic tylko zrobić zdjęcie i wysłać do jego szefostwa. Kusiło mnie, nie powiem, ale dałam sobie spokój - w końcu jechaliśmy odpocząć.
Jakby ktoś nie wiedział, teraz ze stolicy do Gdańska jedzie się przez Łowicz, Toruń i Bydgoszcz - taki gratis od PKP - płacisz więcej, podróżujesz dłużej. Tym razem mieliśmy miejsca w pierwszym wagonie, tuż za lokomotywą. Na dworcu centralnym wsiadły do naszego przedziały dwie osoby - pani i pan, ale ten drugi opuścił nas we Włocławku. Wtedy towarzyszka niedoli rozkręciła się nieco i zaczęliśmy rozmawiać. O życiu, o ludziach, o wartościach i o filmach, które sobie nawzajem polecaliśmy. Pani, tak na oko, wyglądała pięćdziesiątkę piątkę. Gawędziło się nam bardzo miło i znowu usłyszeliśmy z Mężem, że "rzadko można spotkać tak mądrych i niedzisiejszych ludzi".
Pobiłam swój rekord w odwiedzaniu tego przybytku, do którego król chadzał piechotą. Dwa razy w pierwszym pociągu i tylko raz w drugim, gdyż tak brudnej toalety w pierwszej klasie nie widziałam jak żyję.
Były momenty, że siedziałam i walczyłam z opadającymi powiekami, bo stukot kół mnie kołysał. O czytaniu nie było mowy, gdyż rozbolała mnie głowa, co jest normalne - niewyspana, zmęczona, zestresowana, bez ciepłego posiłku, w nowych miejscach...
Najbardziej wypatrywałam stacji Bydgoszcz Główna, bo tam miała na mnie czekać na peronie Natthimlen ze swoim synkiem. To ta blogowa dusza, o której pisałam w poprzednim poście. Zostałam namówiona na opuszczenie wagonu, gdyż panowie w pomarańczowych kamizelkach mieli go przetoczyć na inny tor, żeby dołączył do czekających tam kilku innych.
Wyszłam z przedziału zabierając jedynie aparat fotograficzny. Spanikowana, ale podekscytowana. Razem z Natt i Młodym przeszliśmy tunelem na właściwy peron, a ja wciąż pytałam czy aby na pewno mój pociąg z niego odjedzie, bo póki co widziałam jak się oddalał w bliżej nieznanym kierunku i ledwo dostrzegałam ostatni jego wagon.
Kwadrans to strasznie mało, żeby cokolwiek powiedzieć - szczególnie jeśli jest to pierwsze spotkanie w realu, ale chociaż się wreszcie zobaczyłyśmy, wyściskałyśmy i teraz czekamy na kolejne kilkanaście wspólnych minut, ale to dopiero jak będziemy z Mężem wracać do domu.
Nasz pierwszy wagon stał się ostatnim po przetoczeniu. Jechaliśmy, a w pociągu było zimno, za oknem lał deszcz i wiał wiatr. Przed Tczewem wyjrzało słońce, zrobiło się cieplej, a kiedy wysiedliśmy na dworcu w Gdańsku zostaliśmy powitani piękną pogodą. Zawsze tak jest jak gdzieś jedziemy - słońce przywozimy ze sobą.
Kupiliśmy bilety autobusowe i wsiedliśmy w ten z numerem 186. Dojechaliśmy jedynie do mostu pontonowego, który zaledwie godzinę wcześniej został zamknięty aż do następnego poniedziałku do siódmej rano. Na szczęście mogliśmy przejść piechotą, turlając za sobą walizki, bo czekanie na prom trochę by trwało.
Na Wyspie Sobieszewskiej przesiedliśmy się w 912, która kursuje zastępczo na czas remontu mostu i bezpiecznie dotarliśmy do naszego miejsca pobytu. Mamy dokładnie ten sam pokój, co rok temu (tak chcieliśmy), ale jest tu nowe i ogromne łoże małżeńskie oraz nowy telewizor LCD (chyba nie skorzystamy).
Spokojnie, w miłej i sympatycznej atmosferze rozpakowaliśmy częściowo nasze walizki i poszliśmy spać, bo ledwo staliśmy na nogach po tylu godzinach spędzonych w podróży.
Wiem, że kilka osób czeka na fotki, więc będę je zawsze dodawać na końcu każdej notki - w temacie postu, ale przecież to jasne, bo nie może być inaczej.


