Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

wtorek, 3 września 2013

1.303. Dzień pierwszy

Spałam jak zabita. Obudziłam się tuż przed szóstą rano. Wyspana, bo przecież położyliśmy się do łóżka przed dwudziestą drugą. Mąż również już był przytomny, ale wstawać nam się nie chciało.

Wciąż nie wierzyłam i nawet teraz, pisząc te słowa, też jeszcze do mnie nie dociera, że tu jestem naprawdę. Sen staje się jawą, marzenie rzeczywistością...

Na śniadanie mieliśmy prowizorycznie zrobioną w termosie kawę, bo zapomnieliśmy wczoraj poprosić o kubki, a nie chcieliśmy ryzykować picia gorącego napoju w szklankach do soków. Kawa plus sucharki. Takie preludium, gdyż dopiero po kąpieli Mąż pomaszerował do pobliskiego sklepu i zrobił zakupy.

W międzyczasie, ja wreszcie wygrzebałam się z domowych pieleszy i zaprowadziłam ład i porządek w szafie z ubraniami. Było już prawie południe, więc idealna pora na obiad. W pobliskim Barze Przystań "Ptasi Raj" Mąż zjadł pierogi i szarlotkę, a ja karkówkę. Zielona herbata do picia i w drogę.

Skierowaliśmy się w stronę kamiennej grobli. Szliśmy ścieżką, a dookoła nas rosła jarzębina, dzika róża oraz głóg. Nad głowami latały nam kolorowe ważki. Słońce świeciło i grzało, a wiatr był na tyle silny, że po przejściu kilkudziesięciu metrów musieliśmy jednak zrezygnować ze spaceru groblą przez Ptasi Raj nad morze. Zamiast tego weszliśmy na teren rezerwatu i przez las dotarliśmy na plażę. Już z daleka słyszałam szum morza, a niedługo potem je zobaczyłam.

Prawie całkowicie pusta plaża, mnóstwo muszelek, korzeni i glonów wyrzuconych w nocy na brzeg oraz naprawdę spore fale. Wdychanie jodu, małżeńskie pocałunki i spacer brzegiem morza... To lubię!

W drodze powrotnej na naszą kwaterę sprawdziliśmy jeszcze zeszłoroczne bursztynowe miejsce, gdzie Dyrektor Wykonawczy zbierał je dla mnie. A potem siedzieliśmy sobie na tarasie, pijąc wspólnie kawę. W zwolnionym tempie, bez pośpiechu. Usłyszałam od Męża: "żona, ja cię nie poznaję" - kiedy zamiast porządnie układać, wrzucałam lekarstwa do kosmetyczki byle jak, od niechcenia. Perfekcjonizm niech idzie precz - szczególnie tutaj.

Jako że wychodząc w południe, nie widzieliśmy na ulicy naszych dobrych znajomych świń wietnamskich, Głos Rozsądku poszedł na zwiad. Za chwilę dzwoni mówiąc, że biegają na sąsiedniej posesji. Aparat w dłoń i już mnie nie ma w pokoju.

Ostrożne były te świnie, nie powiem, ale z każdą kromką chleba podchodziły bliżej. Nawet te wygrzewające się w piachu podniosły swoje cztery litery i chrumkając podeszły do nas. Za to czarny kotek przymilał się do nas obojga, aczkolwiek bardziej ocierał się o Męża. Jego mniejszy i jaśniejszy kolega obserwował nas z oddali.







A tak wyglądała nasza dzisiejsza trasa: