Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

piątek, 6 września 2013

1.306. Dzień czwarty

Odkąd tylko przyjechaliśmy do Gdańska pogoda nas rozpieszcza. Tak jest już trzeci rok z rzędu. Upalnie było przedwczoraj, bardzo gorąco wczoraj i dzisiaj.

Plan na piątek był jeden - plaża i ryba na obiad. Wyszło spontanicznie. Najpierw spacer do mostu pontonowego, który był całkowicie zamknięty - nawet dla pieszych. Ucieszyłam się niezmiernie, gdyż mogłam przeprawić się promem - w tę i z powrotem. Dzięki temu zrobiłam zdjęcia z wody, jakich nie udałoby mi się pstryknąć z mostu, bo kąt jest inny.

Drogą przez las udaliśmy się na plażę. Po drodze zaliczyliśmy ścieżkę zdrowia, której rok temu tam jeszcze nie było. Zobaczyliśmy morze i jego brzegiem doszliśmy aż do falochronu. Tam wdrapałam się na leżące głazy i podziwiałam widoki. Wyrwałam do przodu tak szybko, że musiałam poczekać na Męża, który chodzi wolniej niż ja.

Kilka bursztynków do kolekcji, pierwsze zmoczenie przeze mnie stóp (woda całkiem przyjemna i ciepła), zjedzone kanapki, odpoczynek i szybka decyzja - wracamy groblą, czyli odwrotnie do trasy, jaką szliśmy dwa dni temu.

Pyszna ryba wciąż w tym samym Barze Przystań "Ptasi Raj" (wzięłam łososia, a Dyrektor Wykonawczy sandacza) plus jedno piwo na spółkę - pierwsze po rocznej przerwie. Z 0,25 litra wypiłam zaledwie połowę zawartości szklanki.

Powrót do domu, kawa, krótka sjesta i kolejny spacer do centrum Sobieszewa, bo mieszkamy tam, gdzie wrony zawracają. Mąż miał ochotę na gofra, a ja na loda. Przeszliśmy się także wzdłuż Martwej Wisły, zajrzeliśmy w ubiegłoroczne bursztynowe miejsce i wreszcie jesteśmy w pokoju.

Jestem zmęczona, ale to pozytywne zmęczenie. Nie bolą mnie ani nogi, ani stopy (zakupione przed wyjazdem wkładki do butów sprawdzają się stuprocentowo), chociaż robimy sporo kilometrów - na załączonym obrazku widać wszystko w miarę dokładnie. Trasy wytycza Mąż, za co jestem mu bardzo wdzięczna, bo ja i tak mam problem z wyborem fotek do kolaży.