Sobota, a my z Mężem dobrowolnie wstajemy o 6:30. Wszystko po to, by zdążyć dotrzeć autobusem do mostu, przeprawić się przez niego promem (ten pierwszy znowu był zamknięty nawet dla pieszych), przesiąść się w inny autobus jadący do centrum Gdańska i tam, przy Zielonej Bramie wsiąść w tramwaj wodny płynący do Twierdzy Wisłoujście, która była naszym dzisiejszym celem. Mąż marzył o jej zwiedzeniu już od dwóch lat.
O mały włos, a w ogóle nigdzie byśmy nie pojechali, gdyż Dyrektor Wykonawczy sprawdzając rozkład ZTM nie dość, że pomylił kierunki, to jeszcze zapomniał, że jest sobota, a nie dzień roboczy. No i była awantura na ulicy. Potem nie lepiej, ale do tego wątku jeszcze wrócę.
Dotarliśmy do centrum. Przywitaliśmy się z Neptunem, pod którym nie było jeszcze żadnych turystów i poszliśmy poszukać przystanku naszego środka transportu.
Rejs tramwajem wodnym był przyjemny. Siedzieliśmy na bardzo wygodnej kanapie. Nawet trochę zmarzłam. Wiadomo - od wody ciągnie i jest zimniej. Na dworze gorąco - kolejny taki dzień z rzędu. Słońce nie przestaje grzać od czasu naszego przyjazdu.
Sama twierdza mnie rozczarowała. Chyba spodziewałam się czegoś większego, dłuższego zwiedzania i ciekawszego przewodnika od pani, która nas oprowadzała i nie bardzo radziła sobie z pytaniami Męża, który historię lubi i się nią interesuje.
Mamy taki system z Dyrektorem Wykonawczym, że to ja jestem odpowiedzialna za logistykę, planowanie i organizowanie, a on bierze na siebie dojazd albo dojście - gdzie, czym i jak. Ponieważ wyszliśmy z twierdzy mając w perspektywie dwie godziny czekania na prom, byłam zła jak osa. No bo przecież można było sprawdzić czy przypadkiem nie kursują tam jakieś autobusy, czyli plan A i plan B - w razie czego.
Głos Rozsądku siedział więc na ławce i pikał w ten swój telefon, po czym obwieścił, że za kwadrans mamy autobus do centrum Gdańska, a przystanek podobno jest kilkaset metrów dalej - w prawo. Poszliśmy więc. Owszem, przystanek był, ale na lewo, a autobus, który miał nas zawieźć, miał zmieniony rozkład jazdy. Kolejna awantura na kolejnej ulicy. Mąż poszedł sobie, ale kiedy zorientował się, że nie idę za nim, zawrócił. A ja w międzyczasie, przeszłam na drugą stronę ulicy i zobaczyłam, że za minutę mamy autobus na Westerplatte. Bingo - tam możemy wsiąść do tramwaju wodnego albo statku płynącego do Zielonej Bramy.
Gapiostwo i brak organizacji Dyrektora Wykonawczego w sumie wyszły nam na dobre, gdyż nie planując, zwiedziliśmy miejsce, w którym zaczęła się II wojna światowa. Obrażeni na siebie, osobno, bo te typy tak mają. Ale jedno drugiego nie spuszcza z oka, trzymając się w bezpiecznej odległości.
Udało się nam wejść na pokład "Małgorzaty", która zabrała nas tam, skąd wcześniej wypłynęliśmy. Lubię takie rejsy. Woda z jednej strony mnie fascynuje, a z drugiej przeraża. Mam przed nią ogromny respekt. Chyba jak przed każdym żywiołem.
Obiad zjedliśmy w barze "Neptun", ale pani obsługująca całą kolejkę chyba miała zły dzień. Rzucała talerzami, nieuprzejmie i niemile traktowała klientów, a samo jedzenie... No cóż - byłam głodna, więc zjadłam to, za co zapłaciliśmy, ale jeśli zostawiam sernik na talerzu, nie jest dobrze, bo przecież to moje ulubione ciasto. W każdym razie zraziłam się do tamtego miejsca i wrócić tam nie wrócę. Tym bardziej, że ceny wcale nie były niskie, a za toaletę obciążali dodatkowo.
Do Sobieszewa dostaliśmy się przejeżdżając autobusem przez most, co nas zdziwiło, gdyż miał być zamknięty aż do poniedziałku, do siódmej rano. Chyba ekipa remontowa przyspieszyła prace, bo zastępczy autobus już nie kursował, więc znowu mieliśmy spacer do miejsca naszego pobytu.
Teraz odpoczywamy. Jutro, jak się wszystko uda, czeka nas fajny dzień i dużo marszu, ale to akurat nic nowego podczas tego wyjazdu. Poniżej relacja fotograficzna.



