Byłam wczoraj u mojej stałej fryzjerki. Klasycznie - farbowanie odrostów plus podcięcie końcówek. Grzecznie, statecznie, równiutko i prościutko. Jak od linijki.
Znamy się chyba z osiemnaście lat. Jesteśmy prawie w jednym wieku - ona jest bodajże ze dwa lata ode mnie starsza, mężatka, bezdzietna, wierząca (i praktykująca) katoliczka.
W jej bliskiej rodzinie urodził się chłopiec, który obecnie ma około dziewięciu miesięcy. Jego rodzice są oczywiście katolikami. Sakrament małżeństwa zawarli w kościele i tam też ochrzcili malucha.
Spytałam fryzjerkę czy ów mały człowiek był już jej klientem. I wtedy się dowiedziałam, że chyba zwariowałam, bo jak mogę nie wiedzieć, że przed ukończeniem pierwszego roku życia nie wolno dziecku obcinać włosów, gdyż się go rozumu pozbawi...
Przyznam, że mnie trochę poniosło po tym, co usłyszałam. Nie myśląc długo spytałam: "a do wózka pewnie przyczepiona jest czerwona kokardka?" Żeby tylko... Do łóżeczka ponoć też. Tak zapobiegawczo - bo ktoś może urok rzucić.
Popatrzyłam na nią zdumiona, ale chciałam się upewnić, czy naprawdę wie co mówi, lecz jej poważna mina wskazywała na jedno - że to ja jestem nieuświadomiona, bo śmieję się z tego, co jest przekazywane z pokolenia na pokolenie i co wobec powyższego prawdą być musi.
Rozumiem, że można wierzyć w różne rzeczy i niech sobie każdy wierzy w co tam tylko chce - jego sprawa, mnie nic do tego. Nie rozumiem tylko jednego - jak wiara katolicka ma się do zabobonów? No chyba, że w myśl zasady: "Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek". Takie asekuranctwo - na wszelki wypadek.
P.S. Wpisałam w wujka Google jedno hasło i znalazłam coś, z czego nie wiem - śmiać się, czy płakać? Popatrzcie zresztą sami - ciążowe przesądy oraz najdziwniejsze przesądy dla rodziców. Podejrzewam, że to i tak jedynie wierzchołek góry lodowej.