Wczoraj wieczorem poszłam na bardzo miłe spotkanie z moją koleżanką, z którą nie widziałyśmy się już kilka miesięcy, ale tak nam się spodobało, że umówiłyśmy się ponownie za dwa tygodnie - oczywiście żeby nadrobić zaległości w gadaniu.
Mąż mniej więcej w tym samym czasie produkował się na rozmowie z całkiem nową terapeutką, przekonując ją, że chce iść na grupę. Ona sama ma jeszcze pewne wątpliwości co do gotowości Dyrektora Wykonawczego i musi skonsultować się z Suchmielcem czy nie lepsza jednak jest terapia indywidualna. Głos Rozsądku ma czekać na telefon z informacją co dalej.
Przyznam, że Mąż mnie zaskoczył swoją determinacją i wręcz powiedziałabym nawet, że walką o siebie ze sobą. Trzy spotkania z trzema różnymi terapeutkami w ciągu kilku tygodni to nie jest bułka z masłem. Fajnie jest wiedzieć i czuć, że on naprawdę chce coś zmienić w swoim podejściu do życia, ludzi i siebie samego. Powiedział mi, że bardzo chciałby być tak wytrwały w dążeniu do celu i tak konsekwentny jak ja, bo mnie za to właśnie podziwia.
Wstrzymaliśmy się zatem z kupnem biletów na koncert, chociaż Dyrektor Wykonawczy nalegał, bym nie rezygnowała z czegoś, na co czekam od kilku miesięcy. Dla mnie absolutnie żadnym problemem nie jest i nie będzie ewentualna nieobecność i niemożność posłuchania Dawida na żywo. Chciałam i chcę być tam z Mężem, ale jego terapia jest priorytetem. No chyba, że zdecyduję się pójść sama, bo za bardzo nie mam z kim - żadna znana mi czterdziestka nie jest fanką tego młodego człowieka.
Dzisiaj miałam trochę przymusowy areszt domowy. Już od kilku dni marzłam w nocy i łaskotało mnie w gardle. W końcu stwierdziłam, że czas się za siebie wziąć i zdusić cokolwiek to nie jest w zarodku - zanim nie dojdzie do zapalenia oskrzeli i antybiotyku.
Siedzę więc sobie obłożona pastylkami do ssania, mieszanką ze świeżego imbiru, cytryny, miodu i wody oraz saszetkami z zawartością obniżającą temperaturę, bo czuję, że coś mnie chyba rozbiera - i nie są to bynajmniej ręce Męża.
