Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

sobota, 5 października 2013

1.343. Słoneczna sobota

"Co ja poradzę, że mam w życiu dwie słabości - ciebie i słodycze" - powiedział Mąż, po czym, dosłownie za chwilę dodał: "ale zauważ, że ty jesteś na pierwszym miejscu".

Co prawda, to prawda, ale wystarczy popatrzeć na minę Dyrektora Wykonawczego w jakiejkolwiek cukierni albo przy regale ze słodkościami w sklepie. Wygląda wtedy jak mały chłopiec, który chciałby wszystkiego spróbować. Stoi jak wmurowany i patrzy, ale rzadko kiedy przyzna się, że ma na coś ochotę. Prędzej ja to zauważę i spytam czy coś chce, a on oczywiście przytaknie z radością.

Jestem łakomczuchem i słodkie lubię bardzo, lecz w przeciwieństwie do Męża jestem też wybredna - nawet w świecie słodyczy. Nie przepadam za ciastami i ciastkami (no chyba, że serniczek bez spodu i rodzynków), a niektórych spośród nich wręcz nie znoszę - jak choćby ciasta francuskiego i kremowych przekładańców. Dyrektor Wykonawczy natomiast zje wszystko (oprócz sezamków) z zawartością cukru - nie ma znaczenia czy czekoladowe, drożdżowe, francuskie, kremowe, śmietanowe, czy słone jak choćby chipsy, paluszki i krakersy.

Rozmowa o słodyczach powraca - jak dzisiaj, gdyż Głos Rozsądku tyje i to widać. Przynajmniej ja zauważam u niego policzki chomika i coraz mniejsze oczy, drugi podbródek, oponę na brzuchu i szersze uda. Nadwaga na granicy otyłości - tak to wygląda.

Najgorsze jest, że matka (po kryjomu) podtyka Mężowi jakieś łakocie kiedy nie ma mnie w kuchni, a on nie odmawia (tu też wychodzi jego brak asertywności i silnej woli). Rozmawiałam z nią na ten temat i prosiłam, żeby nie dawała mu nic słodkiego, ale raz posłucha, a trzy razy nie.

A sobota piękna była - słoneczna i w miarę ciepła. Odważyłam się wyjść z domu na długi spacer, ale szyję opatuliłam chustą, a kurtkę zapięłam, bo bałam się pogorszenia stanu zdrowia, który chyba ulega poprawie, chociaż wciąż chce mi się pić i coś mi przeszkadza w gardle.

Miękkie światło, które tak lubi obiektyw, pozwoliło mi na uchwycenie jednych z ostatnich jesiennych kwiatów i owoców, a moje stare (wróć - dojrzałe) kości wreszcie wygrzały się na ławce w promieniach słonecznych.