Jakiś czas temu pisałam o świetnych maseczkach z różnymi rodzajami glinek naszej rodzimej firmy Ziaja. Dzisiaj śmiało polecam jeszcze kilka innych produktów - również polskich producentów.
Maseczki Soraya kupiłam już po raz drugi. Jak ktoś dobrze poszuka, znajdzie w promocji w cenie PLN 1,99 za dwie połączone saszetki, więc jedna aplikacja kosztuje złotówkę. W przeciwieństwie do glinki, nie trzeba ich zmywać. Stosuję je na noc - zamiast kremu, którego de facto nawet nie posiadam.
Moim najnowszym odkryciem są natomiast trzy inne maseczki. Wszystkie zakupione w Lidlu (cena także PLN 1,99 za dwie aplikacje) podczas tygodnia czekolady, kawy i herbaty. Nie dziwi więc, że w składzie znalazły się właśnie wymienione przeze mnie produkty.
Czekoladową maseczkę, podobnie jak każdą glinkę, trzeba zmyć. Nie wygląda zbyt pięknie na twarzy, ale zapewniam, że jej zapach rekompensuje wszystko - jest naprawdę obłędny.
Maseczki AA z zieloną herbatą i kawą stosuję na noc. Wchłaniają się dość wolno i dają odczucie lekkiego chłodu. Mam wrażenie, że moja cera wciąga je podobnie jak gąbka wodę.
Pisałam już o tym, że mam ogromny dystans do rzekomych cudów, jakie mają zdziałać wszelakie kosmetyki. Nie wierzę zatem w obietnice usunięcia zmarszczek. Nie czarujmy się - żadna twarz czterdziestoletniej kobiety nie będzie wyglądać o dwadzieścia lat młodziej dzięki zastosowaniu nadzwyczajnego kremu, czy innego podobnego specyfiku.
Maseczki, o których napisałam, dobrze działają na moją twarz - na pewno nawilżają i wygładzają, bo to widzę w lusterku i czuję pod palcami. Taka prawda.

