Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

czwartek, 17 października 2013

1.357. O maseczkach

Jakiś czas temu pisałam o świetnych maseczkach z różnymi rodzajami glinek naszej rodzimej firmy Ziaja. Dzisiaj śmiało polecam jeszcze kilka innych produktów - również polskich producentów.

Maseczki Soraya kupiłam już po raz drugi. Jak ktoś dobrze poszuka, znajdzie w promocji w cenie PLN 1,99 za dwie połączone saszetki, więc jedna aplikacja kosztuje złotówkę. W przeciwieństwie do glinki, nie trzeba ich zmywać. Stosuję je na noc - zamiast kremu, którego de facto nawet nie posiadam.





Moim najnowszym odkryciem są natomiast trzy inne maseczki. Wszystkie zakupione w Lidlu (cena także PLN 1,99 za dwie aplikacje) podczas tygodnia czekolady, kawy i herbaty. Nie dziwi więc, że w składzie znalazły się właśnie wymienione przeze mnie produkty.


Czekoladową maseczkę, podobnie jak każdą glinkę, trzeba zmyć. Nie wygląda zbyt pięknie na twarzy, ale zapewniam, że jej zapach rekompensuje wszystko - jest naprawdę obłędny.

Maseczki AA z zieloną herbatą i kawą stosuję na noc. Wchłaniają się dość wolno i dają odczucie lekkiego chłodu. Mam wrażenie, że moja cera wciąga je podobnie jak gąbka wodę.





Pisałam już o tym, że mam ogromny dystans do rzekomych cudów, jakie mają zdziałać wszelakie kosmetyki. Nie wierzę zatem w obietnice usunięcia zmarszczek. Nie czarujmy się - żadna twarz czterdziestoletniej kobiety nie będzie wyglądać o dwadzieścia lat młodziej dzięki zastosowaniu nadzwyczajnego kremu, czy innego podobnego specyfiku.

Maseczki, o których napisałam, dobrze działają na moją twarz - na pewno nawilżają i wygładzają, bo to widzę w lusterku i czuję pod palcami. Taka prawda.