Im dłużej jestem z Mężem, im bardziej go poznaję, im więcej z nim spędzam czasu, utwierdzam się w przekonaniu, że gdybym z jakichkolwiek powodów miała z nim nie być, byłoby mi niewyobrażalnie ciężko (i nawet chyba bym nie chciała) znaleźć sobie kogoś innego.
Z autopsji doskonale wiem, że nie potrafiłabym już funkcjonować bez rozmowy naprawdę o wszystkim. Dzisiaj, na przykład, siedzieliśmy na przystanku autobusowym (dla nas absolutnie każde miejsce jest dobre) i rozmawialiśmy o seksie. Otwarcie, szczerze, bez pruderii i wstydu. Po części inspiracją był dla nas genialny wywiad o kobiecej seksualności, który oboje przeczytaliśmy w ubiegłym tygodniu - Orgazm. Trzecia brama.
Wczoraj Dyrektor Wykonawczy spytał mnie o marzenia. Czułam, że pyta pod kątem zbliżającego się Mikołaja, ale nie dałam się zwabić w pułapkę. "Żebyśmy byli zdrowi i szczęśliwi - razem. No i chciałabym się nauczyć jeździć na łyżwach" - usłyszał ode mnie. Nic materialnego, no może nie licząc biletów wstępu na lodowisko.
W weekend poszliśmy do galerii handlowej odebrać płytę Dawida, o której pisałam w poprzedniej notce. Jak już jesteśmy w tej świątyni bożka Mamony, staramy się zajrzeć do sklepu zoologicznego, bo to miejsce, gdzie zapominam o płynącym czasie. Mąż podziwia rybki w akwariach, a ja oglądam papugi, kanarki, czy gryzonie. Po raz pierwszy w życiu byłam świadkiem jak szczur mył sobie tylną łapkę, wsadzając ją prawie w całości do pyszczka. Tamten sklep jest azylem i rajem dla kogoś, kto lubi zwierzęta, czyli w sam raz dla naszej dwójki.
Szukaliśmy też czapki dla Głosu Rozsądku. Niby nic, ale jak się ma "taki łeb" (słowa samego zainteresowanego), ciężko coś na niego wsadzić, więc na mierzeniu (a raczej jego próbach) się kończyło. Co się uśmialiśmy, to nasze, bo takiej głupawki już dawno nie dostaliśmy. Przy okazji rozbawiliśmy nawet kilkoro klientów i ekspedientkę.
A potem płynnie, skacząc z tematu na temat, wróciliśmy na nasze małżeńskie psychologiczne i terapeutyczne ścieżki, analizując, dociekając, zastanawiając się i robiąc swoistą burzę mózgów w kwestiach zaprzątających nam głowy w tamtym momencie.
Kazanie podczas mszy w kościele też było dopiero wstępem do ciągu dalszych rozważań o wartościach, priorytetach, sensie życia i troską o losy świata, który według nas (za sprawą wielu ludzi koncentrujących się jedynie na konsumpcyjnym stylu życia) zmierza w bardzo złym kierunku.
Wracając do punktu wyjścia, czyli do początku tej notki... Dyrektor Wykonawczy czasami nie rozumie mojej kobiecej natury, ale jak sam twierdzi: "żona, ja cię nie muszę rozumieć, ja cię kocham".
Od siebie dodam (i będzie to ogromny komplement), że żaden mężczyzna, z jakim byłam zanim poznałam Głos Rozsądku, nie był zainteresowany zgłębieniem zawiłości mojej psychiki i duszy tak bardzo jak on i nikt nie umiał, nie chciał i nie potrafił rozmawiać o tym, o czym rozmawiam z nim.
Morał będzie krótki, lecz treściwy: cudownie jest być żoną - przyjaciółką własnego Męża - Przyjaciela.
