Mój pierwszy zwykły dzień w nowym mieszkaniu. W samotności, bo Mąż poszedł do pracy. Przyznam, że trochę się obawiałam tej chwili, gdyż nie lubię być sama w domu. Tak mam od dawna - podejrzewam, że gdybym pogrzebała w przeszłości, znalazłabym powody takiego stanu rzeczy sięgające dzieciństwa, ale w końcu człowiek bez dziwactw byłby co najmniej dziwny, więc akceptuję siebie i z tym.
Dyrektor Wykonawczy zrobił rano rekonesans jeśli chodzi o sklepy ogólnospożywcze znajdujące się w naszym i sąsiednim bloku. Ostrzegł, żebym lepiej tam nie wchodziła, bo w asortymencie mają głównie alkohole dla osiedlowych meneli. Uśmiałam się kiedy opowiedział mi o minie sprzedawcy, którego zapytał o wodę niskosodową. Facet nie miał bladego pojęcia o co chodzi.
Wstawiłam pranie (tym razem pościel i ręczniki), rozwiesiłam na suszarce w łazience, a potem poszłam do biura obsługi klienta UPC oddać stary modem. Pani z lekka podniosła mi ciśnienie, odsyłając mnie do kuriera albo paczkomatu. Na infolinii udzielono mi całkiem innych informacji, więc kto kłamie, a kto mówi prawdę wciąż pozostaje dla mnie zagadką. Poza tym, UPC ma u mnie ogromny minus, gdyż jedna z ich pracownic załatwiła mnie na cacy. Wychodzi bowiem na to, że mam dostęp do sieci i u rodziców, i w nowym miejscu - jako całkiem nowy klient z nowym numerem identyfikacyjnym. Reklamację złożyłam, niech ktoś kompetentny odsłucha nagrywane przecież rozmowy z konsultantami i odetnie sieć w tamtym mieszkaniu, bo płacić podwójnych faktur nie zamierzam - szczególnie, że wyraźnie zaznaczyłam, iż chodzi mi o przeniesienie usług z jednego adresu na drugi.
Wkurzona jak nie wiem co, z modemem w siatce, poszłam na swój osobisty rekonesans osiedlowych sklepów. W jednym z nich kupiłam majonez, keczup dla Głosu Rozsądku, sok poziomkowy do herbaty oraz ogórki kiszone. Miałam wrażenie, że jestem w epoce PRL - zarówno panie sprzedawczynie, jak i panowie ziejący tanim alkoholem oraz papierosami skutecznie odstraszyli mnie od robienia tam zakupów. Na całe szczęście trochę dalej jest Biedronka, więc z głodu nie zginiemy.
Słońce świeciło tak mocno (okno od strony południowej), że po powrocie otworzyłam na chwilę drzwi balkonowe, wpuszczając świeże powietrze do mieszkania. Przy okazji zajrzałam do jakiegoś wielkiego wora, który leży w kącie naszej loggii, a do którego dostęp blokowała mi wielka hałda śniegu. W środku cała masa zmarzniętych i chyba już zgniłych ziemniaków. Poprzednia lokatorka chyba była ich straszną fanką, bo Mąż opowiadał mi, że podczas swojej pierwszej wizyty w nowym lokum wyrzucił z kuchennej szafki worek zepsutych ziemniaków i buraków. No to jutro czekać go będzie jeszcze jedno wyjście na pobliski śmietnik. Za Chiny Ludowe nie jestem bowiem w stanie podnieść tego wora samodzielnie i wytargać go z balkonu.
Wykonałam kilka telefonów. Do mojej kochanej bliskiej osoby znad morza, która bardzo kibicuje nam na "nowej drodze życia". Do koordynatora wolontariuszy, z którym umówiłam się jutro na spotkanie w celu odebrania zaświadczenia ukończenia kursu oraz porozmawiania o moim przyszłościowym wolontariacie w hospicjum i obecnym w domu pomocy społecznej lub z osobami niepełnosprawnymi, gdyż chęć pracy w takich miejscach i z takimi osobami zgłosiłam podczas warsztatów. Do radio taxi w sprawie oferty pracy (na osobę do obsługi centrali), która okazała się być już nieaktualna.
Przejrzałam ogłoszenia na portalach, coś tam znalazłam i wysłałam maile ze swoją aplikacją na interesujące mnie stanowiska. Szukam czegokolwiek, byle nie ciężkiego fizycznie i nie w nocy, gdyż kręgosłup i astma wysiłkowa mnie pokonają. Klikam i otwieram najdziwniejsze anonse - żeby tylko nie przeoczyć tego, co może się nadawać.
Na zdjęciach wczorajsza wspólna małżeńska czarna, mocna i słodka kawa w mikroskopijnych filiżankach - zaparzona w naszym malutkim ekspresie ciśnieniowym na gaz. Pierwszy (w tym roku i w nowym miejscu) tulipan podarowany dziś rano przez Męża (kwiaciarnia tuż za rogiem). I moja dzisiejsza samotna charakterna kawa w termicznym kubku. Z nowym numerem ulubionego miesięcznika i dołączoną do niego płytą.
