Przetestowałam wczoraj naszą nową patelnię. I co? Ano to, że przypaliłam krokiety. Miały takie "fajne" czarne paski. Smakowały trochę dziwnie, ale głodna byłam, więc zjadłam. Jak to mówią - "za gapowe się płaci". Winna oczywiście byłam ja, nie patelnia. Cóż - nie każdy musi lubić i umieć gotować. Mam inne talenty.
Dzisiaj trochę lepiej - poparzyłam jedynie palce, bo przecież kto to widział, żeby rączka od rondelka była gorąca? A rękawica wisiała sobie na wieszaczku obok. Ale spaghetti z sosem bolońskim posypane startym żółtym serem wyszło pyszne. Nic to - "praktyka czyni mistrza".
Odebrałam zaświadczenie o ukończeniu szkolenia na wolontariusza. Wzięłam też skierowania do dwóch domów pomocy społecznej, które mam zamiar odwiedzić jeszcze w tym tygodniu, żeby zdecydować czy chcę tam pomagać. Docelowo zgłosiłam swoją chęć pracy w hospicjum, które jeszcze nie jest otwarte, a do którego obowiązywać będzie specjalistyczne szkolenie. Jak tylko zostanie ono zorganizowane, dostanę informację od koordynatora.
Umówiłam się też na przyszły tydzień na spotkanie w innym miejscu, z innym koordynatorem. Wolę iść osobiście i porozmawiać, niż załatwiać coś przez telefon. Kontakt twarzą w twarz jest bezpośredni i taką formę preferuję. Zresztą i tak czeka tam na mnie kolejne zaświadczenie o ukończeniu kursu na wolontariusza, więc wypadałoby je odebrać.
Pogoda cudna. Śnieg topnieje, słońce świeci. W rozpiętym płaszczu, z cienką chustką pod szyją i lżejszej czapce na głowie szłam przez park, uśmiechając się do siebie i do mijanych po drodze ptaków.
Wróciłam do oazy spokoju i ciszy, gdzie czuję się bezpiecznie i błogo - aż trudno uwierzyć, że tak właśnie być może. A przecież jest. Tym razem to nie sen.
