Ponoć jak się przychodzi do kogoś na tak zwane "nowe mieszkanie" wypada coś ze sobą przynieść. Gdyby ktoś chciał nam coś sprezentować, chętnie (i z wdzięcznością) przyjmiemy prześcieradło z gumką - kolor nie ma znaczenia. Sofa, na której śpimy jest ze sztucznej skóry (czy czegoś podobnego) i ani koc, ani klasyczne prześcieradło nie zdają egzaminu, bo się z niej ześlizgują.
Ścieramy się z Mężem o bzdety - jak zawsze. Bo nie tak coś stoi, leży, wisi, nie w tym miejscu, nie teraz i takie tam bezsensowne utarczki słowne i przepychanki z gatunku kto tu rządzi, kto jest górą, kto ma władzę. Bałaganiarz i perfekcjonistka to naprawdę wybuchowa mieszanka. Wszystko, żeby nie było zbyt nudno, ckliwie, romantycznie i różowo.
Kiedy kilka dni temu pakowałam nasze klamoty i bambetle robiłam to dość specyficznie - zaglądając do szafek i pawlaczy od okna w kierunku drzwi. Komuś może się to wydać nielogiczne, ale dla mnie ów system jest wygodny, szybki i praktyczny. Pięćdziesiąt trzy - tyle sztuk różnego rodzaju pakunków wynieśli z mieszkania rodziców i wnieśli do obecnego koledzy Męża i on sam.
Jeśli chodzi o organizację, pakowanie i zagospodarowanie przestrzenne jestem mistrzynią. Poważnie. To jest dziedzina, w której nikt jeszcze mnie nie pokonał, ani nie dorównał. Ewidencjonowanie, pozycjonowanie, archiwizacja i temu podobne mam w jednym palcu. Dyrektor Wykonawczy z przerażeniem w oczach patrzył na siaty, siatki, reklamówki, pudełka i torby. A ja spokojnie, z uśmiechem wiedziałam co gdzie jest. Pamięć fotograficzno-skojarzeniowa bardzo się przydaje.
Ponieważ u rodziców zostało sporo naszych rzeczy, które na razie nie są nam potrzebne (ale nie wiadomo kiedy się przydadzą), sfotografowałam zawartość szaf i pawlaczy oraz półek w pokoju. Wystarczy, że teraz spojrzę na zdjęcie i wiem co gdzie jest. Poza tym, Mąż bez problemu może sam pojechać do rodziców i zabrać coś, o co go poproszę. Jeden rzut okiem i wszystko jasne.
Domowa księgowość to też moja domena. Pensja Głosu Rozsądku rozdzielona na opłaty, rachunki i cztery tygodniówki na jedzenie. Przynajmniej wiemy ile możemy wydać od jednej do drugiej soboty. I nie ma, że limit przekroczymy. Taka opcja nie wchodzi w grę. Nad tym czuwam ja. Od dawna robimy zakupy w dyskoncie. Wkładając cokolwiek do koszyka, dodaję w pamięci ceny, żeby nie przeżyć niespodzianki przy kasie. Tym sposobem zawsze wiemy ile zapłacimy.
W sobotę musimy pojechać do rodziców, żeby zabrać stamtąd naszą angielską suszarkę na ubrania. Jest tak piękne słońce, że postawię ją przy balkonie i pranie wyschnie szybciej niż w łazience. Poza tym, potrzebuję jeszcze wziąć zdjęcie do legitymacji wolontariusza, a tu go nie mam. Matka bardzo się ucieszyła kiedy do niej zadzwoniłam. Chce nas poczęstować zupą ogórkową swojej roboty. Miły gest, który cieszy.
Energia mnie rozpiera. Chce mi się żyć, działać, robić, szukać, zmieniać. Mam motywację. Widzę sens i cel. Bardzo fajne uczucie. Na razie spożytkuję je przy obiedzie, a potem ogarnę mieszkanko, gdyż po południu zawita do mnie koleżanka na babskie pogaduchy. Wreszcie mogłam ją zaprosić do siebie, a nie spotykać się gdzieś na mieście.
