Miał być deszcz. I chmury. I wiatr. I chłodniej. Jest słońce. I żar. I duchota. I gorąco.
Środek tygodnia. Spokojny dzień. Cichutko. W domu. Z praniem na balkonie. I dwoma wypitymi od rana kawami.
Nastawiam się psychicznie na czekającą mnie powtórkę badań krwi dla doktora Tomasza oraz zafundowaną mi przez matkę w ramach prezentu imieninowego wizytę u pani ginekolog - tej samej, która rok temu zapuszkowała mnie do szpitala.
W ciągu ostatnich tygodni dwa razy śniła mi się diagnoza lekarska - rak trzonu szyjki macicy oraz rak jelita. Czarodziej stwierdził, że nie ma powodu do niepokoju. No chyba, że częstotliwość takich snów wzrośnie do trzech na tydzień - wtedy odstawimy na bok odwrażliwianie z całego życia i zajmiemy się bieżącym problemem nocnych koszmarów.
Paradoksalnie - bardzo dobrze (i mocno) śpię. Dzisiaj nawet nie słyszałam jak Mąż krzątał się rano po domu i szykował sobie kanapki do pracy. Obudziłam się jak już go nie było.
