Każdego wieczoru od trzech dni bezczelnie spuszczam łomot Mężowi. Bez obaw - przemocy w naszej rodzinie nie ma - choć to ja wyglądam jakbym jej doświadczała. Siniak na siniaku siniakiem pogania. Kilka z nich to jeszcze pozostałości po znęcaniu się Osobistego Trenera Personalnego nade mną w kwestii robienia pompek. Dobre sobie - ja i pompki. Jak padłam na kolana, do tej pory ślady są.
Gramy w scrabble. Przeważnie po jednej partii, chociaż wczoraj udało się nam rozegrać dwie. Dyrektor Wykonawczy przegrywa z kretesem, lecz robi postępy - trochę szybciej myśli i kombinuje gdzie może zdobyć więcej punktów. Dodaje je w pamięci, ale tu trzeba go pilnować, bo wciąż ma problemy i kantuje. No i te jego pytania w stylu: "jak się to pisze?" wyprowadzają mnie czasem z równowagi.
Bladym świtem wstałam z łóżka i opuściłam naszą kawalerkę kilkanaście minut po wyjściu Męża do pracy. Jakoś doturlałam się do przychodni na badania krwi. Pod górę było, więc się trochę zasapałam. Potem miałam już lżej. W drodze powrotnej spotkałam starszą panią o kuli. Zagaiła rozmowę o gryzących ją komarach (dziwne, bo mnie żaden nie atakował), a później szłyśmy kawałek razem. Opowiedziała mi kilka zdarzeń ze swojego życia. Plus kawały - oczywiście żadnego nie zapamiętałam. Za to zostawiam jeden o Jasiu.
