Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

piątek, 8 sierpnia 2014

1.758. Przypadki

Usiadłam, przeskanowałam swoją pamięć, policzyłam i wyszło mi, że miałam do czynienia w sumie z jedenastoma terapeutami płci obojga. Pomijając panią psycholog, która jako sześciolatkę zakwalifikowała mnie po serii testów do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Pomijając kolejną panią psycholog, która po mojej próbie samobójczej miała urzędowy obowiązek przeprowadzić ze mną jednorazową rozmowę. Pomijając jeszcze jedną panią psycholog, do której skierował mnie mój pierwszy "profesjonalista".

Skąd ten cudzysłów? Ano stąd, iż po czasie okazało się, że ów pan postępuje niekoniecznie etycznie i moralnie. Molestowanie - oto hasło kluczowe jego metod terapeutycznych, które przeprowadzał nie tylko na mnie, lecz na wielu kobietach, które odwiedzały jego gabinet.

Kolejny pożal się Boże psycholog i terapeuta dał popis swoich umiejętności kompletnego braku profesjonalizmu wobec całej grupy DDA oraz dwóch innych terapeutek. Nie ukrywam, że wkurzył się maksymalnie, dając upust swojej złości po moim stwierdzeniu, iż zasady, które były ustalane (i podpisane przez wszystkich) na początku, nie są wcale przestrzegane. Po tamtym "występie" pan nie poprowadził już żadnej innej grupy.

Trzeci terapeuta (po wysłuchaniu nagrania jednej mojej sesji - oczywiście za moją zgodą) najpierw nie chciał mnie do swojej grupy, a potem (po powyżej opisanym zdarzeniu) musiał osobiście interweniować na kolejnym spotkaniu, pacyfikując działania swojego kolegi i doprowadzając do załagodzenia sytuacji zarówno na linii pomiędzy mną a tamtym psychologiem, ale także wewnątrz samej grupy.

Kolejny terapeuta wolał nie brać mnie "na warsztat", gdyż jak sam stwierdził "dużo się o mnie nasłuchał" i nie byłby obiektywny. Przynajmniej ten miał odwagę się przyznać, że się nie podejmie pracy ze mną.

Piątym terapeutą, do którego trafiłam po poronieniu, był pan, z którym spotkałam się zaledwie dwa razy, gdyż tak się nieszczęśliwie złożyło, że zmarł nagle na zawał i do trzeciej wizyty u niego (ze zrozumiałych względów) już nie doszło.

Czarodziej jest szóstym w kolejności przedstawicielem płci męskiej profesjonalistą, z którym się spotykam. I absolutnym geniuszem w tym, co robi, czym się zajmuje i jak podchodzi do pacjenta/klienta. Człowiekiem - kopalnią wiedzy (praktycznej, nie tylko teoretycznej), którego pytam i z którym drążę nurtujące mnie tematy. Ale o tym napiszę oddzielnie, bo naprawdę warto.